Znalazł się jednak temat, który chciałem pogłębić. Chodzi mi o interpretację imho świetnej piosenki Ofiara. Myślę, że najlepszą odpowiedź na wszystkie niejasności dałby film Andrzeja Tarkowskiego o tym samym tytule, jednak znalezienie go graniczy z cudem (a szkoda, strasznie chciałbym dowiedzieć się, o co chodzi w kilku miejscach).
Wraz z moją Dziewczyną - Faustyną (również obecna na Forum) pokusiliśmy się o własną interpretację. Was prosimy o dyskusję i korektę błędów - matura za rok, trzeba się sprawdzić :)
Sytuację liryczną widzimy tak: Jest sobie facet, ma dom, żonę dziecko, zdawałoby się, wiedzie całkiem udane życie, może sobie nawet pozwolić na służącą.
Niestety, trochę zaczyna mieszać mu się w mózgu. Możliwe, że to na skutek dawnych wspomnień...
...niech to będzie moja nadinterpretacja, ale ja wyobrażam sobie tutaj pilota-kombatanta dawnych wojen, który nie potrafi sobie poradzić z pamięcią o strachu i śmierci. Złe wspomnienia odzywają się w snach i na jawie, huk w głowie zaczyna podchodzić pod schizofrenię. Do tego gość wyraźnie alienuje się od świata, zaczyna się go bać:Pijany listonosz ze świata modliszek
Przywozi mi listy, i niszczy mi ciszę,
Której nie ma i tak;
Bo jest dziecko moje i sny atomowe,
I myśli myśliwce co są odrzutowe -
Ich huk - to dla mnie - znak.
-Świat modliszek - krwiożerczych owadów, symboli drapieżności. Tylko skąd się wziął ten pijany listonosz??Pijany listonosz ze świata modliszek
Przejdźmy dalej:
No właśnie - z pozoru świat jest jasny i poukładany, w poczuciu narratora wisi nad nim coś nieuchronnego, co niespodziewanie pojawi się na czyjś rozkaz. Jaki rozkaz? Nieznany. Skąd? Powoli możemy się zacząć domyślać...I cóż, że podłogi są wypastowane,
Że zegar służąca nakręca co rano,
Wczorajsze umyje szkło...
Któż wie, kiedy Skrzynia się sama otworzy
Na głos - nam nieznany - ze znanych przestworzy
By rzec, że stało się - To!
Jak w obliczu katastrofy radzić sobie z codziennością? Kiedy świat się wali, każdy jego szczegół wydaje się z nas drwić. Narrator próbuje usprawiedliwić własny strach troską o swe dziecko. Powoli kiełkuje w nim myśl - zrobić wszystko, by je ocalić.Co wtedy mam robić na drewnianym ganku
Z brwią troski, w krawacie - i nad filiżanką
Z bezwzględnym fusem na dnie?
Jak dziecko ocalić? Ma chore migdałki
Nie mogę w zagładę wszak wkroczyć - bez walki -
Nie jego bierzcie, lecz mnie!
Jednak nikt nie chce przyjąć jego Ofiary, mimo że on czuje, że to już ostatni czas! I tutaj wychodzi szydło z worka! Żona narratora ma kochanka. Możliwe, że narrator od dawna przeczuwał jego obecność, nie jest to jednak ważne. Z jakiegoś powodu "ja" liryczne uważa, że musi odkupić grzech pary kochanków. Tylko jak to zrobić?..A tu brać nikt nie chce, choć siódmych trąb brzmienia
Co chwilę mnie budzą i chęć odkupienia
Do gardła podchodzi mi.
Kochanek żony drwi kwaśnym oddechem,
Więc może odkupię ich grzech - moim grzechem -
Służąca, co szkło myje - lśni...
Czyżby nasz schizofrenik odbył był ze służącą stosunek miłosny? Wszystko na to wskazuje. Wiem, że czepiam się szczegółów, jednak nie potrafię wyobrazić sobie, co trzymał przy ustach i dłoniach? No nic, w każdym razie miał nadzieję, że ten akt coś da, albo przynajmniej próbował tym się usprawiedliwić.Jej, obcej wywnętrzyć się można naprędce
Z najgłębszych tajemnic, gdy proszą już ręce
W imieniu napiętych ud.
Poświadczy krucyfiks, stół, piec, fisharmonia,
Że to, co trzymałem przy ustach i w dłoniach
To była prośba o cud.
Koniec. Przyłapano go. Lekarz - na chorobie, adwokat i żona na złamaniu przysięgi małżeńskiej. Żona żąda rozwodu, planuje wyjechać do Australii (to chyba nie ma związku z życiorysem Jacka?) Kiedy poprzednie ofiara nic nie dała i nie przemówiła otoczeniu do rozumu, trzeba podpalić dom...Więc lekarz rodziny, adwokat i żona
Oświadczą, że śnię, że zabawa skończona,
Że rozwód i wyjazd stąd...
Kochają się, jechać chcą gdzieś do Australii,
Więc rozumiecie, że muszę podpalić
Ten dom, by pojęli błąd!
To jest największa ofiara, na jaką stać narratora. Widzi jak płomień rozprzestrzenia się - może chce spłonąć razem z domem, by usunąć się? "By mogli choć czas jakiś jeszcze bezpiecznie z życia, co warte - brać!" - czyżby narrator i tak przeczuwał, że i tak są skazani na zagładę?Płomienie z kredensów, wykładzin i krzeseł,
Grzyb dymu, co pustym się niebem poniesie -
To wszystko, co mogę dać
By oni potrwali, zajęli się dzieckiem,
By mogli choć czas jakiś jeszcze bezpiecznie
Z życia, co warte - brać!
Dom płonął, cały trzeszcząc, można mieć wrażenie, że krzyki w głowie narratora wzmogły się (wiem, że nadinterpretacja, ale jakże sugestywna :) ) Lekarze w białych kitlach w końcu dopadli winowajcę i zakaftanili go. A ten nie ma do nich pretensji, wszak robili, co do nich należało, co było im pisane.Ach, płacz był i krzyki i desek jęk w żarze,
Potem mnie biali gonili lekarze,
Za lęk, za przestrogę, za ból -
- Niech spali się dom, zanim świat się wypali -
Wołałem, gdy ręce mi sprawnie wiązali
Wywiązując się z ról...
Wracają świeższe wspomnienia narratora, ot taki obrazek, jak ojciec i syn razem sadzą drzewko nad wodą. Jednak przez zło świata drzewo jest skrzywione. Ale ludzie boją się myśąleć o tym co złe i prawdziwe, uciekają od tego. Nie widzą rzeczy, tak długo jak nie muszą. Nie widzą światła aż ktoś zaświeci im prosto do oczu. A z człowieka widzą tylko człowieczą ofiarę - tę najwyraźniejszą oraz wiedzą o tak wybitnych jednostkach jak w/w artyści. A o innych słuchać nie chcą.Sadziliśmy z małym gałązkę na brzegu.
Dziś musi z gałązki tej - krzywe być drzewo,
Lecz drzewo! Dla ludzi - strach!
Bo światłem to tylko - co nam prosto w oczy!
Człowiekiem - co człowiek krwi swojej utoczy -
Plus Leonardo i Bach.
Coś pochachmęciliśmy w Waszym odczuciu? Postać narratora jest ciekawa: schizofrenik, a jednocześnie chce, żeby ktoś o nim usłyszał. Jak ten Grek co podpalił świątynię by przejść do historii.
Pozdrawiamy!
JaNN+Faustyna