Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Rzeczpospolita kłamców. Salon
#61
Witam,
Poniżej artykuł Waldemara Łysiaka, którym odpiera on „zarzuty” panów D., a których „pismo” posłużyło Arturowi i Ani jako dowód na poparcie, moim zdaniem, fałszywej i oszczerczej tezy : <i>„Wszystko wskazuje na to, że W. Łysiak po prostu żyje z wypisywania bredni, kłamstw i oszczerstw.”</i>

„<b>Dwaj panowie z szafą</b>
Pełen zażenowania będę pisał to, co właśnie zaczynam pisać, stanowi bowiem dla każdego procedurę żenującą udowadnianie, iż nie jest się kłamczuchem, konfabulatorem lub <i>„baronem Munchausenem”</i>, gdy ludzie złej woli coś takiego ci zarzucają.
Tekst, na który faktograficznie niżej odpowiem, zawiera tyle przekłamań, przeinaczeń faktów, złośliwych interpretacji oraz zwykłych oszczerczych bredni, że kwalifikuje się do miana paszkwilu tout court. A że zawiera ich aż tyle - nie sposób będzie odpowiedzieć nań <i>„tout court”</i> (krótko), więc redakcja <b>„Tysola”</b> musi pogodzić się z faktem, że odpowiem bardzo obszernie, nie pomijając ani jednego zarzutu i ani jednego wątku wypichconego przez dwóch sygnatariuszy. Żadnego z tych panów nie znam osobiście, miałem tylko wątpliwą przyjemność zetknięcia się z bratem pana B. Dzierżawskiego, panem M. Dzierżawskim, gdy został on wiceprezesem UPR i gdy jako wojujący przeciwnik lustracji oraz wstąpienia Polski do NATO wszczął rewoltę przeciwko panu J. Korwin-Mikkemu, zmuszając go do zabarykadowania się na dwie doby w gabinecie (cały ten komediodramat relacjonowała wtedy - w roku 1995 - telewizja). Mój udział w tej aferze polegał na tym, że już wcześniej - kiedy Dzierżawski próbował mi wyklarować, jak niepotrzebne i gorszące są lustracyjne <i>„łowy na czarownice”</i> - powiedziałem mu, co myślę o takich jak on, a panu Mikke powiedziałem, co myślę o panu Dzierżawskim. Kilka tygodni później nastąpił ów nieudany „zamach stanu”. Lecz ad rem:
List panów Dzierżawskiego i Durskiego piętnuje nie tylko mnie - również redaktor Annę Poppek, która oparła swoje stwierdzenia na tekście przeze mnie publikowanym, do czego miała pełne prawo i jest Bogu ducha winna, ergo: nie jest w żadnym stopniu stroną sporu. Ciekawostka wszakże polega tu na tym, że ja wielokrotnie (od jesieni roku 1992), udzielając wywiadów, poruszałem „inkryminowany” temat, a także publikowałem teksty zawierające wzmianki a propos - i nikt wtedy oraz później (przez prawie 10 lat!) nie reagował sprzeciwem! Więcej — w ostatnim kwartale 1992 i pierwszym 1993 różne organizacje protestowały publicznie przeciwko <i>„pozbawieniu Waldemara Łysiaka katedry”, „wyrzuceniu Łysiaka z przyczyn politycznych”</i> etc. — i żadne władze wydziału czy Politechniki (ani związkowe, ani administracyjne) nie odważały się wtedy pisnąć jednego słowa „sprostowania”, tylko chowały głowy w piasek i udawały, że pada deszcz, gdy pluto im w twarz! Gdzie byli wówczas panowie Durski, Dzierżawski, ich koledzy oraz ich mocodawcy? Nie czytali gazet, nie nastawiali radia, nic nie słyszeli o sprawie, która narobiła sporo szumu? Przeczekali milcząco całą dekadę i dopiero wzięli się do prostowania Łysiakowych „przekrętów”! Czy tu czasem nie chodzi o to, że tak duży upływ czasu zamazuje przeszłość i selekcjonuje świadków (iluż starszych pracowników uczelni zmarło lub wyemigrowało, a młodsi - studenci Wydziału Architektury - masowo szukali poza ojczyzną architektonicznego chleba), zezwalając łatwiej manipulować faktami i swobodniej robić adresatom <i>„wodę z mózgu”</i>? Gwara rodzima wyprodukowała też inne kolokwialne porzekadło: <i>„wciskać kit”</i> komuś - i to właśnie uprawiają ze zdumiewającą mnie bezczelnością obaj sygnatariusze listu do <b>„Tysola”</b>. Wasz pech, panowie, polega na tym, że dziesięć lat to za mało, by czas mógł przetrzebić świadków totalnie, oraz na tym - przede wszystkim na tym - że ja mam pewien niewinny zwyczaj, będący przypadłością wrodzoną historyków: zachowuję wszystkie tyczące mnie dokumenty, nawet świstki! Vulgo: posiadam kilka segregatorów z dokumentami tyczącymi mojej pracy na uczelni w latach 1972-1992. Życzę panom powodzenia przy udowadnianiu, że są to wszystko dokumenty (teksty, nadruki, pieczątki, podpisy itd.) sfałszowane przeze mnie. A teraz już konkretnie:
Dwaj panowie D. wysunęli przeciwko Łysiakowi 11 zarzutów, które potraktuję zachowując ich pierwotną kolejność:
<b>l. Panowie D. twierdzą, że katedra Historii Kultury i Cywilizacji nigdy nie istniała na Wydziale Architektury PW. </b> Tymczasem taka swoiście autonomiczna placówka dydaktyki istniała przez ponad ćwierć wieku. Był to osobny, niezbędny do uzyskania absolutorium przedmiot wykładowo-zaliczeniowo-egzaminacyjny, mający swojego suwerennego wykładowcę tudzież oficjalną nazwę Historia Kultury i Cywilizacji, powszechnie zwany na wydziale katedrą, chociaż tytularnie nie posiadający w swej nazwie tego słowa. Ta jednowyrazowa rozbieżność między nazwą zwyczajowo przyjętą a formalną, będąca dla panów D. bazą wysuwanych przeciwko mnie oskarżeń, domaga się szerszego wyjaśnienia, co zrobię w punkcie 4, gdyż tam panowie D. rozwinęli ten zarzut. Tutaj nadmienię jeszcze tylko, że Historia Kultury i Cywilizacji wykładana była studentom ostatniego roku studiów, bezpośrednio po którym student bronił dyplomu i otrzymywał tytuł magisterski.
<b>2. Panowie D. twierdzą, że jednostką o charakterze suwerennej katedry mógł kierować wyłącznie dydaktyk z formalnym tytułem profesora. </b> Tymczasem na Wydziale Architektury PW całymi instytutami kierowali wielokrotnie i wieloletnie docenci, a zakładami doktorzy. Historią Kultury i Cywilizacji kierował przez kilkanaście lat doktor (później docent) S. Wiliński, a po nim przez kilkanaście lat jego były asystent, dr W. Łysiak. Właśnie brak w formalnej nazwie jednostki słowa <i>„katedra”</i> (formalnie - jak już wspomniałem - był to „tylko” osobny <i> „przedmiot” </i>) umożliwiał powierzanie jej kierowniczego prowadzenia dydaktykom bez tytułu profesorskiego. Tak doc. Wiliński, jak i ja, nosiliśmy formalny tytuł <i> „starszego wykładowcy” </i>. Panu Wilińskiemu w zdobyciu formalnej profesury przeszkodziła długoletnia ciężka choroba i przedwczesna śmierć. Ja nawet nie próbowałem robić habilitacji umożliwiającej starania o profesurę, bo mój jawnie demonstrowany antykomunizm i ciągłe zatargi z wydziałową POP — a priori wykluczały choćby cień szansy na uzyskanie tego stopnia od władz.
<b>3. Panowie D. nieomal szyderczo wskazują sprzeczność między rzekomym rekomendowaniem a prześladowaniem mojej osoby przez PZPR. </b>Tymczasem jest to złośli-wość równie głupia, co fałszywa praktycznie gdyż wpływ POP na wydziale, aczkolwiek duży, me zawsze był decydujący Komuna wydziałowa miała swoje okresy prosperity (np. po marcu 1968, gdy dokonywała czystek wśród <i> „starej kadry” </i> profesorskiej), lecz również okresy słabości (np. w drugiej połowie lat 70-ych, gdy <i> „starzy” </i> profesorowie, którym udało się przetrwać, umieli się jej przeciwstawić i bronić względnej przyzwoitości programowej wydziału). Niech jako dowód posłuży historia obrony mojej pracy doktorskiej.
Broniłem doktoratu w roku 1977. Po jego prezentacji i naukowej dyskusji tyczącej szczegółów rozprawy zebrała się Rada Wydziału, by zatwierdzić tytuł. Sprzeciwił się temu, występując z gwałtownym atakiem na mnie, wydziałowy sekretarz POP, wskazując moją <i>„niewłaściwą postawę polityczną demoralizującą studentów”</i>, został jednak przywołany do porządku przez profesora K. Wejcherta (lub przez profesora C. W. Krassowskiego - tego szczegółu już nie pomnę) uwagą że rozpatrywane mają być nie <i>„poglądy polityczne doktoranta”</i> tylko <i>„walory naukowe zaprezentowanej rozprawy”</i>. Wówczas sekretarz podniósł kwestię inną - stwierdził że owo prezentowanie było w moim wykonaniu obrazą władz uczelni gdyż <i>„doktorant prowokacyjnie ubrał dżinsy”</i> (sic!). Głębia tego spiczu zamurowała Radę. Ciszę przerwała profesor H Adamczewska-Wejchert, zwracając się do towarzysza sekretarza z kategorycznie wyartykułowanym pytaniem:
-Panie docencie, czy poza tymi dżinsami ma pan jeszcze jakieś inne naukowe kontrargumenty przeciw rozprawie?!...
Oto jak wyglądało <i>„rekomendowanie”</i> Łysiaka przez PZPR. Riposta, którą pani profesor Wejchertowa zamknęła usta sekretarzowi POP, przeszła do anegdotycznej legendy Wydziału Architektury - długie lata opowiadano ją jako historyjkę świadczącą, iż <i>„stara kadra”</i> trzyma fason. Profesorostwo Wejchertowie budowali wtedy będące oczkiem w głowie reżimu Nowe Tychy i byli tak potężni, iż wydziałowa POP mogła im <i> „nagwizdać” </i>. To dzięki tym <i>„starym”</i> o głośnych nazwiskach - dzięki profesorom Hryniewieckiemu (którego podwładnym był mój ojciec przy budowie Stadionu Dziesięciolecia), Biegańskiemu, Plapisowi, Zachwatowiczowi, Wejchertom i in. - nie zostałem relegowany ze studiów, gdy przyjechał do Warszawy Breżniew i na naszym wydziale radio robiło sondę hagiograficzną, zadając <i> „braci studenckiej” </i> m.in. takie pytanie: <i> „Który aspekt braterskich stosunków polsko-radzieckich chciałbyś poruszyć jako najważniejszy mogąc rozmawiać z towarzyszem Breżniewem?” („Powiedziałbym: oddaj Lwów!” </i> - brzmiała moja wypowiedź do mikrofonu). To dzięki nim nie zostałem wywalony z pracy gdy w 1978 zaatakował mnie gwałtownie na łamach <b>„Nowych Dróg”</b> (centralnego organu PZPR) sam mocarny A. Werblan (główny <i> „ideolog partyjny” </i>, sekretarz KC, dyrektor Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu) - zdjęto wtedy tylko z maszyn drukarskich dwie moje książki. I dzięki tym ludziom, chociaż niektórych przedwcześnie emerytowano w dekadzie po <i> „reformie marcowej” </i>, mogłem tyle lat funkcjonować na wydziale, prowadząc pracę dydaktyczną. A później, w latach 80-ych, gdy dwukrotnie próbowali w sposób formalny usunąć mnie z uczelni <i> „nowi” </i>, wśród których miałem legion wrogów („kochających” Łysiaka m.in. za to, że rokrocznie zwyciężałem w ogłaszanym przez studentów rankingu na najlepszego wykładowcę Wy- działu Architektury) - dwukrotnie przeszkodzili temu studenci, grożąc strajkiem (o czym każdorazowo pisała prasa podziemna). Za pierwszym razem strajk się już rozpoczął; za drugim wyprzedziła go POP (!), powodując cofnięcie dymisji. Tak jest (panów D. ucieszy to zapewne) - POP uratowała wtedy Łysiakowi stanowisko! Poinformował mnie o tym któryś z kolegów - jeśli dobrze pamiętam szef katedry (czyli według <i> „pomarcowej” </i> tytulatury: zakładu) Rysunku, Malarstwa i Rzeźby, doc. H. Dąbrowski - mówiąc:
- Stary, wiesz kto ci ochronił tyłek? Partia! Gdyby wybuchły teraz zamieszki na wydziale, to oni pierwsi daliby łby jako ci, którzy nie umieli utrzymać tu spokoju! Dobre, co?
Pan Dzierżawski, ówczesny prominent Solidarności, winien pamiętać tę aferę świetnie, ale - jak mówi stare porzekadło - <i> „Dobra pamięć to umieć zapomnieć o tym, czego lepiej nie pamiętać” </i>.
<b>4. Panowie D. przypominają, że w latach mojej pracy na uczelni (1972-1992) obowiązywał <i> „bezkatedralny system instytutowo-zakładowy” </i>, więc nie mogłem kierować katedrą. </b> Fakt - po marcu 1968 reżim docisnął śrubę i chcąc maksymalnie ograniczyć kierowniczą niezależność wyższych stopniem pracowników akademickich, wprowadził według wzoru sowieckiego silną centralizację, przemianowując katedry na zakłady i grupując kilka do kilkunastu zakładów pod jedną czapą instytutu. Rej wodzić zaczęli wtedy osławieni <i> „marcowi docenci” </i>, szybko zdobywający tytuły profesorskie i sukcesywnie zastępujący <i> „starych” </i> profesorów (przykładowo: stanowisko prof. J. Hryniewieckiego objął wydziałowy sekretarz POP). Środowisko akademickie przyjmowało tę bolszewizację z oczywistą pogardą i wrogością, ale co mogło zrobić? Mogło tylko cicho sabotować nową tytulaturę, dlatego termin <i> „katedra” </i>, stosowany wobec danego przedmiotu wykładowego, nie wyszedł z obiegu - posługiwano się nim często w kontaktach bezpośrednich (rozmowach, informacjach) przez wiele następnych lat (studenci używali go nagminnie również). Niektórzy <i> „starzy” </i> profesorowie ośmielali się posługiwać nim dalej oficjalnie, exemplum prof. J. Zachwatowicz. Posiadam pisma profesora Zachwatowicza z lat 1969, 1970, 1971 i 1972, w których używa on wyłącznie tego terminu. Przykładowo: A. D. 1969, opiniując nie bez superlatywów moje badania zabytków fortyfikacji (pismo to było rekomendacją na obowiązkowy staż postudialny w Pracowniach Konserwacji Zabytków) — profesor występował jako <i> „kierownik Katedry Architektury Polskiej” </i>; identycznej formuły użył, gdy w 1972 roku korespondował z prof. Angelisem d'Ossatem w sprawie mojego dyplomu na Uniwersytecie Rzymskim. Panom D. radzę, by sięgnęli do tych pism dla nazwania Zachwatowicza baronem Munchhausenem, bo przecież bezprawnie szermował terminem <i> „katedra” </i>, gdy od dawna już obowiązywał <i> „bezkatedralny system instytutowo-zakładowy” </i>!
Ponieważ panowie D. w swoim liście nie tylko żonglują faktami i cyframi (o czym za chwilę), lecz co i rusz <i> „udają Greka” </i>, jakby się dopiero narodzili albo <i> „urwali z choinki” </i> bądź przybyli z Marsa - muszę im wyklarować jeszcze jedną ważną (być może najważniejszą) rzecz tyczącą katedry. Otóż gniew środowiska akademickiego wobec <i> „marcowej reformy” </i> nie wynikał tylko z gwałtu centralizacyjnego władz, lecz przede wszystkim z podeptania przez reżim tradycji polskiej, w której słowo katedra (oznaczające pierwotnie pulpit wykładowcy) było synonimem danego przedmiotu nauczania. Ten, kto dany przedmiot samodzielnie opracował, wykładał i kontrolował rezultat egzaminem - był panem katedry. A nie zakładu. Zakład, proszę panów, to może być drobiarski lub hutniczy lub karny, a nie dydaktyczny! Suwerennie prowadzony przedmiot po polsku nazywa się katedrą, mimo że po sowiecku inaczej.
<b>5. Panowie D. twierdzą, że nigdy nie powierzono mi <i> „funkcji kierowniczej w strukturach akademickich”. </i> </b> Wynika z tego, że pełnione przeze mnie takie funkcje są moją halucynacją Łysiakową <i> „rzeczywistością wirtualną” </i>. Twierdzenie panów D. zabiłoby śmiechem kilkanaście roczników moich studentów (rocznik to 90-130 studentów), którzy słuchali moich wykładów i zaliczali u mnie (tylko u mnie) Historię Kultury i Cywilizacji, lecz póki co odwołam się do dokumentów.
Przez kilka pierwszych lat pracowałem na uczelni jako <i> „starszy asystent-specjalista” </i>, prowadząc zajęcia (tzw. <i> „ćwiczenia” </i>) z Historii Architektury oraz z Konserwacji Zabytków, lecz przede wszystkim wspomagając doc. Wilińskiego, który kierował Historią Kultury i Cywilizacji. Pogarszający się stan zdrowia szefa, jego coraz częstsza nieobecność (pobyty w szpitalu), sprawiał, że długimi okresami musiałem sam prowadzić przedmiot. Już w roku 1977 doc. Wiliński w szpitalu podpisywał przywożone tam przeze mnie listy egzaminacyjne. Wtedy to objąłem pierwszą formalną <i> „funkcję kierowniczą” </i> na Wydziale. Elektroniki. Będąc „u siebie” p/o szefa Historii Kultury i Cywilizacji, zostałem zatrudniony (z tytułem adiunkta, 1977) przez chcącą dohumanizować swych magistrantów Elektronikę jako szef przedmiotu Historia Kultury i Sztuki na owym wydziale. Prowadziłem tam dla studentów piątego roku wykłady i zaliczenia ledwie trzy lata (do 1979). Dłużej nie mogłem, bo odszedł doc. Wiliński i przydzielono mi zbyt wiele obowiązków na Wydziale Architektury. Nie tylko powierzono mi, jako <i> „starszemu wykładowcy” </i> (1979), suwerenne prowadzenie przedmiotu Historia Kultury i Cywilizacji, lecz równocześnie zostałem mianowany wykładowcą (jednym wśród kilku) na studiach ponaddyplomowych (Studium Podyplomowe Konserwacji Zabytków PW) i nie zwolniony z obowiązku prowadzenia przedmagisterskich grup zajęciowych przedmiotu Konserwacja Zabytków (szefem tego przedmiotu był doc. A. Gruszecki).
Do ewentualnego wglądu dla panów D. mam stosy odnośnych dokumentów, m.in. blankietów z listami egzaminacyjnymi Dziekanatu Wydziału Architektury PW, opatrzonych nadrukiem: <b><i> „Dzienne Studia Magisterskie - Historia Kultury i Cywilizacji — prowadzący dr W. Łysiak”. </i> </b> Panu Dzierżawskiemu, dygnitarzowi Solidarności wydziałowej w latach 80-ych dedykuję cytat z zaświadczenia wydanego przez dziekanat dnia 11-V-1985: <i> „Dr Waldemar Łysiak pracuje w Instytucie Podstaw Rozwoju Architektury PW od dnia 16 X 1972 prowadząc samodzielnie zajęcia dydaktyczne z Historii Kultury i Cywilizacji jako jedyny specjalista w tym zakresie”</i> (pieczęć wydziału, pieczęć i podpis zastępcy dyrektora instytutu itd. - wszystko pewnie sfałszowane, jeśli wierzyć elukubracji panów D.). Takich dokumentów mogę cytować mnóstwo, rumieniąc się przy tym, bo - jak napomknąłem we wstępie tej wymuszonej potwarzowym atakiem pisaniny - jest to klasyczne <i> „dowodzenie o wielbłądzie” </i>.
I jeszcze jedno: wspomniana w cytacie <i> „samodzielność” </i>, czyli praktyczna (choć nie formalna) autonomiczność, była absolutna (od ustalania tematyki wykładów do ustalania pytań egzaminacyjnych, formy egzaminów, rodzaju testów, kategorii zaliczeń etc.) - przez władze uczelni rokrocznie potwierdzana nie kontrolowana i nie sterowana (czasami tylko upominano mnie ustnie, bym zaprzestał antykomunistycznych wtrętów podczas wykładów). Samodzielnie również reprezentowałem moją katedrę na sympozjach i konferencjach naukowych. Gdy po 12 latach tego mojego <i> „kierownictwa”</i> władze dla partykularnego celu (chęć zaliczenia ustosunkowanemu studentowi, któremu zaliczenia odmówiłem), spróbowały sztuczki ograniczającej moją samodzielność, doszło do publicznej awantury, która stała się wytęsknionym formalnym pretekstem usunięcia mnie z wydziału. Ale o tym później.
<b>6. Panowie D. twierdzą, że zatrudniony byłem na pół etatu i że ze 150 godzin zajęć dydaktycznych odpracowywałem ledwie 30. </b> Nie wiem, czy jest to z ich strony świadome (i to grube) kłamstwo, czy tylko ignorancja, kompletna nieznajomość faktów, wobec których zabierają głos.
Zatrudniony zostałem przez PW <i> „w wymiarze pełnym” </i> (jak głosi formuła umowy). Pełny etat dydaktyczny obejmował wszelako dwie rzeczy - tzw. <i> „pensum” </i> (liczba godzin dydaktycznych do odpracowania) i całą resztę (prace organizacyjne instytutu, biurokratyczne nie związane z dydaktyką porządkowe, archiwizacyjne etc. etc.). Wśród tych drugich poczesne miejsce zajmowały rytualne instytutowe nasiadówki, pełne bezproduktywnego ględzenia (także ideologicznego), <i> „podsumowywania”, „ustalania”, „weryfikowania”, „prognozowania” „programowania” </i> itp. Tego unikałem jak zarazy notorycznie się nie stawiając, za co regularnie otrzymywałem pisemne nagany, które inkrustują dziś mój zbiór dokumentów. Zabawa ta trwała do roku 1979 i dłużej trwać nie mogła, bo właśnie wtedy awansowałem na <i> „starszego wykładowcę” </i> i decyzją uczelnianych władz przejąłem autonomiczne prowadzenie Historii Kultury i Cywilizacji. Jak już wszakże była mowa: autonomiczne dydaktycznie (katedralnie), ale nie biurokratycznie - dalej miałem nad sobą biurokratyczną czapę instytutu obejmującą wszystkie zakłady. Nie chcąc na tak poważnym stanowisku kontynuować absencyjno-naganowej kontestacji nasiadówek, zwróciłem się do dyrektora instytutu z następującą propozycją: zmniejszcie mi etat i wynagrodzenie o połowę, nie zmniejszając godzinowego <i> „pensum”</i> dydaktycznego, ale uwolnijcie mnie od wszelkich pozadydaktycznych obowiązków. Moją propozycję przyjęto. Tak więc nowe zatrudnienie, w formalnym wymiarze połowy etatu, wywalczyłem sobie A. D. 1979 sam. Zaś jeśli chodzi o <i> „pensum” </i> (powtarzam: nie zmniejszone półetatowo), to wbrew twierdzeniom panów D. nie tylko nie okroiłem go, lecz przeciwnie — powiększyłem (darmowo) o 100-200 procent!
Liczba godzin, która wystarczała doc. Wilińskiemu (2 godziny wykładu tygodniowo) - Łysiakowi nie wystarczała. Udałem się do dziekana i zakomunikowałem, że opracowany przeze mnie kurs Historii Kultury i Cywilizacji (głównie sztuki plastyczne, ale również filozofia, literatura, teatr, prądy umysłowe etc.) nie da się żadnym sposobem zmieścić w na-rzuconym wymiarze godzin. Pokazałem prawie tysiąc wykonanych przeze mnie plansz ilustracyjnych, streściłem proponowany (zupełnie nowy) cykl wykładów i zażądałem trzykrotnego zwiększenia godzin dla jego sensownej realizacji. Dziekan stwierdził, że jest pod wrażeniem, ale moja prośba jest formalnie nie do spełnienia. Ma wszakże propozycję:
- Panie doktorze, jeżeli studenci wyrażą zgodę i znajdą wolne sale na więcej godzin, może pan <i> „poza ramówką” </i> zwiększyć dowolnie liczbę wykładów.
Ci, którzy na wydziale sądzili, że <i> „sprawa się rypnie” </i> - srodze się zawiedli. Co prawda wykłady, w przeciwieństwie do <i> „ćwiczeń” </i>, „ustawowo” nie były obowiązkowe (listę obecności prowadzącym sprawdzać było wolno tylko na ćwiczeniowych zajęciach), lecz studenci entuzjastycznie przyjęli moją propozycję, znaleźli wolne sale (przemiennie dwie główne wykładowe aule wydziału) i uczęszczali na Historię Kultury i Cywilizacji „ponadnormatywnie” (przychodzili nawet studenci z innych warszawskich uczelni i przyjeżdżali studenci z uczelni pozawarszawskich) - aula była zawsze (przez 12 lat) szczelnie wypełniona. Co inspirowało „ciepłymi” uczuciami wobec mnie tych kolegów-profesorów, którzy ze względu na wspomnianą nieobowiązkowość wykładową mówili podczas swych wykładów do kilkunastu osób.
Resumując: zwiększyłem sam (bezpłatnie, nazwijmy to: <i> „w czynie społecznym” </i>) swoje <i> „pensum” </i> wykładowe o 100-200 procent (4-6 godzin wykładów tygodniowo), do czego dochodziły 4 godziny zajęciowe z dwoma grupami Konserwacji Zabytków, wykłady na Studium Podyplomowym, plus wiele godzin konsultacyjnych i egzaminacyjnych semestralnie. Panowie D. zechcą wziąć teraz kalkulatory i przeliczyć sobie. W razie wątpliwości służę dokumentami, a jeśli panowie nie lubią czytać - proszę zapytać któregokolwiek studenta spośród kilkunastu wyedukowanych przeze mnie roczników (prawie 2 tysiące studentów): ile godzin wykładów tygodniowo prowadził z nimi szef Historii Kultury i Cywilizacji!
<b>7. Panowie D. twierdzą, że nigdy nie dotarły do władz uczelni żadne protesty przeciwko usunięciu mnie z pracy. </b> Jest to ważny donos na Pocztę Polską III Rzeczypospolitej, bo sygnatariusze publikowanych w prasie protestów jasno głosili, iż zostały one wysłane władzom PW, WA PW tudzież do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Protestowały partie prawicowe, stowarzyszenia patriotyczne, grupa oficerów-antykomunistów „Viritim” itd. W kilkunastu pismach i gazetach ukazało się m.in. takie ogłoszenie:
<i> „Stanowczo protestujemy przeciwko zwolnieniu doktora Waldemara Łysiaka z pracy na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej (...) Obecne zwolnienie, mimo sprzeciwu studentów, jest przejawem czystki wobec osób inaczej myślących, przeprowadzanej za rządów pani Suchockiej. Ma ono wyraźnie charakter polityczny (...) Widzimy w tym zastępowanie dawnego modelu PZPR przez Unię Demokratyczną”. </i>
Panowie D. prasy albo nie czytają, albo tzw. <i> „moment reagowania” </i> mają spóźniony o lat 9.
<b>8. Panowie D. wypominają mi, iż podpisałem dokument dymisyjny z 1992 roku.</b> W dokumencie tym ówczesny dziekan Wydziału Architektury, doc. K. Kuczyński, informował mnie, że zostaję jednostronną decyzją zwolniony (<i> „rozwiązuję z. panem umowę o pracę” </i>), i prosił, bym przyjął to do wiadomości własnoręcznym podpisem. Przyjąłem i posłałem ich wszystkich w diabły, mając już dość zamtuza. Zupełnie nie ma z tą dymisją związku fakt, że w ramach problemu <i> „Szkody wyrządzane zabytkom przez złe adaptacje i nowe dobudowy” </i> kolejne roczniki moich studentów uczęszczających na zajęcia z Konserwacji Zabytków otrzymywały ode mnie jako temat do krytycznej analizy m.in. fatalny projekt rozbudowania zabytkowego gmachu Wydziału Architektury (autorem tego projektu był... doc. K. Kuczyński), tak jak obecny atak pana Dzierżawskiego na mnie nie ma nic wspólnego z moim atakiem na jego kontrlustracyjnego brata.
<b>9. Panowie D. twierdzą, iż nieprawdą jest, że odebrano mi etat z przyczyn politycznych, bo na taki casus „ nie pozwalało prawo”. </b> To ostatnie sformułowanie musi rozbawić każdego mającego normalnie ułożone klepki obywatela kraju, w którym prawo zabrania tylu rzeczy permanentnie, publicznie i bezkarnie praktykowanych. Jeśli zaś chodzi o przyczyny zdymisjonowania mnie, to zawsze mówiłem, iż niebagatelną wśród nich były moje wojenki z władzami uczelni o elementarną przyzwoitość jej funkcjonowania. Ten sam aspekt figuruje również w przywoływanej przez panów D. rozmowie z red. Poppek, gdzie dziennikarka wyraźnie mówi, iż o politycznych przyczynach zwolnienia Łysiaka pisała prasa. Boję się, że gdybym zacytował jakąś spośród ówczesnych prawicowych gazet (choćby <b>„Najwyższy Czas!”</b>) udostępniających mi wtedy swoje łamy, zostałbym przez panów D. oskarżony o korzystanie z <i> „sitwy” </i>, a ta gazeta o brak wiarygodności, vulgo: o robienie klaki „swojemu” publicyście, zacytuję więc <b>„Dziennik Katolicki SŁOWO”</b>, z którym nigdy ani przez sekundę nie byłem związany, a Z. Lipińskiego (autora tekstu) nigdy nie widziałem na oczy:
<i>”<<Operację Łysiak>> przeprowadzono finezyjnie. Studenci protestowali, ale &laquo;różowi&raquo; okazali się sprytniejsi (...) Protestujących studentów uspokojono, że za kilka miesięcy Łysiak znowu przystąpi do wykładów, bowiem nowy system nauczania i zatrudniania polega m. in. na zblokowaniu wykładów Z jednego przedmiotu w krótkim czasie. System zafunkcjonował, ale bez Łysiaka (...) Wiele środowisk podejrzewa, iż nie tylko prezentowane podczas wykładów poglądy oraz wykrywanie afer dziejących się na wydziale (związanych z zaliczeniami, egzaminami itp.) przyczyniło się do jego usunięcia. Ich zdaniem zadecydowały dwie książki Łysiaka - <b>„Lepszy”</b> i zwłaszcza <b>„Najlepszy”</b> - w których autor nie zostawił suchej nitki na lewicy solidarnościowej, a szczególnie na jej guru, Adamie Michniku (...) Uruchomiono mechanizm vendetty, twierdzą ci, którzy podejrzewają polityczne motywy zwolnienia Łysiaka”. </i>
Podejrzenia te nie były bez logicznych przesłanek o tyle, że zostałem usunięty z pracy bezpośrednio po tym jak <b> „Wprost” </b> opublikowało dwukolumnowy artykuł wymierzony w moją osobę, będący niby recenzją z właśnie <i>„rzuconego na rynek”</i> <b> „Najlepszego” </b>, w istocie zaś linczem, bezpardonowym odsądzeniem mnie od czci i wiary za antymichnikowskie i antyudeckie fragmenty książki (tylko nimi się interesowano). Takich linczujących mnie pseudorecenzji prasa lewicowa zaserwowała wówczas kilkanaście. Wczesną wiosną 1993 podsumował to znany publicysta, R. A. Ziemkiewicz, na łamach prawicowego tygodnika <b>„Spotkania”</b> (do informacji panów D.: z tym pismem również nie miałem jakichkolwiek kontaktów), tekstem pt. <b>„Niebezpiecznie, panie Łysiak!”</b>:
<i> „Żadna wydana w Polsce książka nie spotkała się w minionym roku z tak zmasowanym atakiem jak <b>„Najlepszy”</b> Waldemara Łysiaka. Żadnej nie potraktowano równie pretekstowo, pod pozorem oceny dzieła rozprawiając się z jej autorem (...) Fala ataków prasowych i Łysiak po 20 latach pracy na Wydziale Architektury PW znalazł się na bruku. Wymówienie nastąpiło &laquo; z przyczyn ekonomicznych&raquo; i zapewne tylko zbiegowi okoliczności należy przypisać fakt, że niemal jednocześnie z usunięciem Łysiaka rektor Politechniki wydał także polecenie niewpuszczenia zwolenników Jana Olszewskiego do auli Politechniki, mimo że za jej wynajęcie wniesiono już wcześniej uzgodnioną opłatę”.</i>
<b>10. Panowie D. zarzucają mi, że nigdy nie należałem do Solidarności. </b> Równie dobrze można zarzucać wilkowi, że nie jest trawożerny - każdy mój czytelnik wie (tłumaczyłem to mnóstwo razy), iż nigdy nie należałem i nie będę należał do żadnej organizacji, bo mam fobię antyorganizacyjną (nie należałem również do ZLP, choć Wydział Kultury KC PZPR próbował wymusić to na mnie za pomocą szykan). Ale nawet gdybym nie miał takiego „uczulenia” i wstąpił do Solidarności, szybko bym się wypisał, widząc jacy ludzie gremialnie się tam zapisują razem z ludźmi przyzwoitymi. Podobnie publicystykę w <i> „drugim obiegu” </i> (pseudonim: Mark W. Kingden) uprawiałem tylko do momentu, gdy przyszły wieści o ślubie córki Urbana z pracownikiem podziemnego wydawnictwa i o weselu tej pary, na którym esbecja i dysydencja solidarnie spijały sobie <i> „miód i wino” </i> z dzióbków. Chrzanię taki interes! - pomyślałem wtedy, i „złamałem" drugoobiegowe pióro.
<b>11. I wreszcie panowie D. zarzucają mi wywołanie na uczelni awantury publicznej i karczemnej.</b> Nie była ona karczemna, tylko dziekańska (bo nie w karczmie, tylko w dziekanacie), a lepiej byłoby rzec: stajniano-augiaszowa. I miała jako solidną podstawę gangrenę zaliczeniowo-egzaminacyjną korodującą wydział, dzięki czemu nie był to incydent pierwszy ani nawet dziesiąty. Przekroczyłem już wszakże limit szpaltowy dany mi na tę ripostę przez szefa <b><i>„Tysola” </i></b>, red. Gelberga, więc teraz kończę, a za tydzień przytoczę (z detalami i nazwiskami) kilka wewnątrzwydziałowych „anegdot”, pokazując kulisy funkcjonowania architektonicznej <i>„alma mater”</i>. Wywołaliście, panowie, wilka z lasu, więc dostaniecie to, co sprowokowaliście swoją oszczerczą hucpą.

Przypomina mi się film Polańskiego <b> „Dwaj ludzie z szafą” </b>. Dwaj panowie D. wtaszczyli do redakcji <b>„Tygodnika Solidarność”</b> szafę z trupem Łysiaka (jak mniemali), naśladując <b>„Gazetę Wyborczą”</b>, <b>„Politykę”</b>, <b>„Wprost”</b>, <b>„WK” </b> Toeplitza i kilka innych lewackich plutonów egzekucyjnych, które już mnie rozstrzeliwały za <i>„całokształt”</i>. Panowie D. nie są więc pierwsi, i nie będą ostatni; ta wojna nie ma końca, zmienia się tylko rodzaj pocisków (czyli repertuar oszczerstw) - może któreś wreszcie skutecznie rąbną i powalą Łysiaka? Jednak w szafie panów D. nie ma mojego kościotrupa - są tam inne szkielety, które wypadną za tydzień, gdy szerzej otworzymy ten mebel dwóch gorliwych tragarzy. Potem panowie D., lub ich kumple bądź sponosorzy, będą mogli zanieść swoją szafę już tylko do sądu. Ja tam przyniosę coś mniejszego - walizeczkę dokumentów - ale przyjdę w lepszym towarzystwie.
Waldemar Łysiak”

Artykuł opublikowany został w „Tygodniku Solidarność” z dn. 15-VI-2001r. Został również przedrukowany w książce „Piórem i mieczem” Waldemara Łysiaka, wydanie pierwsze, Ex Libris, Warszawa 2001
Artykuł, o którym wspominał Łysiak, że będzie za tydzień, jest już dostępny w internecie na stronie:
<!-- m --><a class="postlink" href="http://www.upr.lublin.pl/czytelnia.php3?cz=lysi">http://www.upr.lublin.pl/czytelnia.php3?cz=lysi</a><!-- m -->
pt. <b>„... pan taki nieżyciowy”</b>. Jak ktoś chce, to niech tam zajrzy.

Pozdrawiam

Zbigniew Wilczyński
Odpowiedz
#62
------------------
Odpowiedz
#63
"Bardzo śmiesznie jest umierać, kiedy żył bys chciał..."
beznadzejna sprawa, bo jak można roztrząsać kwestię czyjegoś sumienia i relacji z Bogiem...nigdy ale to nigdy nie będziemy w stanie poznać myśli i uczuć człowieka w pewnych kwestiach, chociażby mówili i zarzekali się całe życie, a już na pewno nie możemy oceniać zdarzenia przyjęcia chrztu św. w chwili śmierci...w noc Zmartwychwstania....nie wchodźmy ludziom w duszę, zwłaszcza, że ta dusza jest już po drugiej stronie.nie nam oceniać, nie mamy do tego prawa...każdy ma prawo błądzić, dlaczego ludziom wydaje się, że jak ktoś deklaruje się jako chrześcijanin, to każda jego potyczka i upadek dla :widzów" to ewidentne zaprzeczenie, a każde nawrócenie czy zmiana sposobu myślenia to kpina...czy nie wolno nam upaść?czy nie wolno nam się nawrócić-nawet w ostaniej chwili?może zamiast się kłócić dlaczego tak się stało warto się zastanowić-tak po prostu...czy w chwili śmierci można jeszcze odgrywać coś przed kimś?po co?dla czysego wyrachowania?
moim zdaniem nie ma co komentować rego tekstu...szkoda na to energii. Słowa wypowiedziane w tym artykule są po prostu niedojrzałe...prowokatorskie, ale przede wszystkim niedojrzałe...ale trzeba przyznać, że trzeba mieć niezły tupet, tak po prostu kogoś pozbawić wiary, uczciwości intencji-adwokat Pana Boga?...na szczęcie Pan Bóg nie siedzi z notatnikiem i zapisuje naszych wpadek, żeby potem z szyderczym uśmiechem powiedzieć nam w oczy :o kolego tu przegiąłeś!"Myślę, żę Jackowi też tego nie powie...za długo o niego walczył...
Odpowiedz
#64
Piękny i mądry tekst, Fruziu!

Dziękuję!
KN.
Odpowiedz
#65
Dziękujemy za tekst, ale do tego by trzeba było bezstronnych świadków i rozprawy sądowej a nie forum dyskusyjnego. Bo jak na razie nadal są to pomówienia, chyba, że rozprawa była i władzom uczelni udowodniono te wszystkie machlojki. FOrowicze też napewno wyrobią swoje zdanie.
Ja swoich zarzutów nie cofam bo opierają się one nie na sporze z uczelnią a na bredniach wypisanych o Jacku Kaczmarskim.
Czekamy na wywiad, o religii Łysiak nic nie dowiedzie, ponieważ rozminął się z prawdą i nie ma na poparcie swoich wywodów ani jednego dowodu kwiu czy świadków. Jacek bedą w Austrii się leczył a nie jednał się z jakm kolwiek bogiem (klinika nie leżala w Wiedniu). Pytany wyraźnie w czasie leczenia co myśli o katolicyźmie mówił jednoznmacznie to co przez całe życie. Zresztą słusznie...
Odpowiedz
#66
1) Do Adminka (zanim zapomne...:-) )

Czy "slusznie" czy "nieslusznie" dowiemy sie (jesli sie dowiemy...) gdy juz bedzie za pozno... Moze nie nam , z gory; decydowac czy slusznie czy nie... (cholera wie, jak mawial Pascal)(nie ten od przewodnikow, ten drugi...)

2) Do Pana Geparda Wilczynskiego :
Postaram sie jutro przeczytac wyciag z Tygodnika "S" o WL, choc nie ma on raczej nic wspolnego ze "antypolonizmami JK w australijskich wywiadach" ("ironicznik", nie cytat). Na razie wlasnie mam obie rece zanurzone az do uszy "w Australii", i nie moge sie dokopac do tych "rewelacji". Postaram sie wyslac jakis "raport z frontu", "na dniach", w"temacie" , a takze w innych tematach...

A co u Pana ? What's Up, Doc ?

TN
Odpowiedz
#67
Witam ponownie,

Podobno wiarygodność informacji wzrasta, gdy się ją ma z dwóch niezależnych źródeł.
Czy Waldemar Żyszkiewicz też „bredzi” pisząc:

”Obraz australijskiej sielanki nie okazał się trwały. Kaczmarski wciąż krążył między kontynentami. Ciągnęło go do Polski. Starał się być obecny na rynku, nagrywał płyty, wydawał książki. Nadal koncertował, ale miał świadomość, że jego publiczność topnieje. <b>Ubywało mu wyznawców, zrażonych atakami na Kościół katolicki i coraz częstszymi oskarżeniami Polaków o szerzenie nienawiści, ignorancję, antysemityzm.</b>” (Pogrubienie moje – Z.W.)

?????

Żródło:

<!-- m --><a class="postlink" href="http://www.tygodniksolidarnosc.com/2004/17/3d_pie.htm">http://www.tygodniksolidarnosc.com/2004/17/3d_pie.htm</a><!-- m -->

Pozdrawiam

Zbigniew Wilczyński
Odpowiedz
#68
Jeszcze w kwestii sporu „uczelnianego”. Nie jest mi znane, by ktokolwiek (ani panowie D., ani uczelnia) przedsięwzięli - po opublikowaniu tych dwóch artykułów przez Waldemara Łysiaka - jakieś kroki, „prawne bądź polemiczne”. Czasem za odpowiedź wystarcza to, że tej odpowiedzi nie ma.

Pozdrawiam

Zbigniew Wilczyński
Odpowiedz
#69
Jeśli pytanie „What’s Up, Doc?” było skierowane do mnie, to odpowiadam: śledztwo w toku.

Zbigniew Wilczyński
Odpowiedz
#70
Jak to jest, że za komuny Łysiak miał ciepłą posadkę na Politechnice, a jak rządy przewodniej siły narodu się skończyły, to wylali gościa?
Cytujesz tu jakiegoś pętaka, który pisze, że publiczność Kaczmarskiego topniała. No to chyba nie przychodził ten gościu na koncerty.

KN.
Odpowiedz
#71
Waldemar Łysiak miał za komuny posadkę, którą określasz jako „ciepłą”, bo go zatrudniła uczelnia (Politechnika Warszawska), a jak się skończyły „rządy przewodniej siły narodu” (wg mnie „przewodniej siły Kremla”) to go zwolniono. Gdybyś przeczytał artykuł, który zamieściłem kilka postów wcześniej to byś się dowiedział Krzysztofie dlaczego go „wylali”. Poza tym, gdy obrzucisz kogoś - o kim wiesz niewiele, albo nic - kalumnią, „w tej marksistowskiej, dialektycznej wierze, iż kalumnia rozstrzyga spór”, to świadczy to bardziej o Tobie niż o tym kimś...

Podejrzewam, że artykułu W. Żyszkiewicza też nie czytałeś, więc zacytuję Tobie jeszcze coś z niego:

<<"Gram dla siedmiu procent" - mówił w jednym z wywiadów. Coraz chętniej udzielał ich zresztą pismom SLD: Przeglądowi i Trybunie. W 2000 r. przyjął od Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Wziął też udział w koncercie z okazji tzw. 50-lecia ZSP. Tego nie zrozumiało wielu jego przyjaciół. Innych zraził sobie hojnie szafowaną krytyką rzeczywistości zawartą w kolejnych tomach prozy powieściowej.>>

Pozdrawiam

Zbigniew Wilczyński
Odpowiedz
#72
Bredzi - wiarygodnosć rośnie, ale nie w przypadku, gdy źródła sobie nie przeczą. Poza tym cytujesz gazetę, która nie jest bezstronna w tej sprawie. Inne źródła mówią tłumach - patrz plik avi w dziale wywiady z Wiadomości TVP1.

Poza tym czemu zmieniliśmy temat na popularność? Nas interesuje podstawa kłamliwych informacji o bezpodstawnych oszczerstwach i religii
Odpowiedz
#73
Grał dla siedmiu procent? Oczywiście! bo Jego twórczość jest elitarna. Byle kto jej nie zrozumie. Siedem procent to i tak dużo.
Szanowny Panie Wilczyński, po co Pan to piszesz? Przecież my wiemy dla kogo grał Mistrz, jakie medale przyjął, o czym śpiewał w swoich pieśniach i o czym pisął w powieściach. Jeśli Pana intencją jest podważenie naszego niezachwianego uwielbienia dla poezji JK, to chyba najął się Pan za Syzyfa.
A tak na marginesie: życzę Panu choć w części tak niezłomnej postawy wobec własnych przekonań i ideałów, jakie Jacek Kaczmarski prezentował przez całe życie.

Były wielbiciel powieści Łysiaka -
KN.
Odpowiedz
#74
--------------------
Odpowiedz
#75
To nie są dwa niezależne źródła, tylko dwa razy „TS”.
Ale poświęciłem się i przeczytałem ponownie (kiedyś już czytałem, ale szczęśliwie udało mi się zapomnieć) list Łysiaka. Przede wszystkim rzuca się w oczy, że jest przeraźliwie długi, a po przeczytaniu dwóch akapitów wiadomo – dlaczego. Bo Łysiak niczego nie prostuje i próbuje ów fakt utopić w morzu słów.
Najpierw tłumaczy, że była katedra, choć nie było katedry. Okazuje się, że tak nazywano zwyczajowo przedmiot wykładu. Mniej więcej tak, jak ja bym tu kogoś na forum nazwał admirałem i ta nazwa się przyjęła. Więc oczywiście w konsekwencji nie musiał mieć tytułu profesorskiego do kierowania katedrą, która nie była katedrą. Tak jak nasz admiral móglby nigdy nie widziec na oczy jednostki plywajacej.
Potem Łysiak żądał oddania Lwowa i podaje to jako przykład swojej nieugiętej postawy wobec Moskwy. Nawet Solidarność, kiedy doszła do głosu, nie żądała oddania Lwowa, nawet w wolnej Polsce nikt nie żądał oddania Lwowa, a WŁ bohatersko żądał już lata temu. Należy tę jego wypowiedź potraktować (jeśli była) jako niezbyt wybredny żart. Bo jeśli nie żart, to nasuwałoby się na myśl zdanie powtarzane przez Pietrzaka w tamtych czasach: „gdybym nie wiedział, że głupota, to bym myślał, że prowokacja”.
Dalej twierdzi WŁ, że nieprawdą jest, iż miał mniej godzin wykładowych, bo dodatkowo bez wynagrodzenia i urzędowego grafiku wykładał jeszcze ze 100 albo 200. Domyślam się, że w tej sytuacji także bez dokumentacji formalnej, więc nie da się udowodnić ani zaprzeczyć.
Dalej powołuje się na kilkanaście pism nie wymieniając ani jednego tytułu.
I tak dalej, i tak dalej, nie będę zanudzał powtarzaniem tych rewelacji.
Przypomina mi się słynny dowcip z początków państwa radzieckiego, kiedy to obywatel pisze do krewnego za granicę: „U nas jak to u nas, sam wiesz. W listopadzie mieliśmy rewolucję, a nazywamy ją październikową. I tak jest ze wszystkim.”
Na koniec jeszcze sprawa cenzury w PRLu, bo doszło do takich zawirowań tematu, że młode pokolenie, które tu zagląda, też zacznie tęsknić za komuną.
Co innego cenzura, która dotyczyła wszystkich, a co innego zapis cenzorski, który był na konkretne tematy (np. Katyń) albo osoby (np. Miłosz odkąd „wybrał wolność”, jak się mawiało). Istnienia cenzury nie ukrywało się, choć udawało się, że ona w nic nie ingeruje, no może czasem wykreśli jakąś pornografię. Natomiast istnienie zapisów było ukrywane, bo oficjalnie nie miało żadnego uzasadnienia. Ale przecież byłoby, jak ktoś tu powiedział, ordynarnym uproszczeniem twierdzić, że są to jedyne metody działania cenzury. Były znacznie subtelniejsze i równie pozaprawne (komunizm to nie był system działający w zgodzie z prawem i przepisami o cenzurze). Istniały słynne braki mocy przerobowych i kłopoty z papierem, które pozwalały latami blokować pozornie dopuszczoną do druku książkę. (Władza dbała o pozory swojej liberalności.) I odwrotnie – istniała tzw. „ścieżka szybkiego druku”, pozwalająca pisarzy prawomyślnych drukować szybko, często i w dużych nakładach. Istniały dziesiątki redakcyjnych działań półformalnych albo zupełnie nieformalnych, nacisków redakcyjnych, cenzur wewnętrznych itp. Bynajmniej nie chodzi wyłącznie o instytucję, która zwała się cenzurą. To byłby drobiazg, bo wytworzyły się mechanizmy omijania jej za pomocą odpowiedniej formy lub treści, porozumiewania się aluzyjnego itp. Ale istniały brutalne metody, których nie dało się przeskoczyć, a nawet nie dało się przeciw nim zaprotestować jak przeciw cenzurze (jeśli ktoś już nie miał nic do stracenia) – bo formalnie one w ogóle nie istniały. Nie było ich, choć były. „Co wy towarzyszu opowiadacie, my takich rzeczy nie robimy, to szkalowanie nas!” (Towarzyszu mówiło się wtedy nie tylko do partyjnych, dodaję, ale do kogo się dało, w sytuacji urzędowej.) Tak to działało - jeszcze długo by opowiadać. A nie, że wydawano nieprawomyślnych.
Z drugiej strony władza miała własne metody osłabiania wymowy „anty” – i tu już nawiążę bezpośrednio do JK. Po raz pierwszy usłyszałem jego „Obławę” (nie całą, ale zawsze) we fragmencie Kroniki Filmowej, czyli oficjalnego propagandowego wytworu. Ale myliłby się ten, kto by sądził, że władza pozwoliła. Władza jako tło podłożyła film o polowaniu na wilki, dając do zrozumienia, że oglądamy śpiewany protest ekologiczny. A w swoich papierach władza napisała, że puściła taką a taką piosenkę, bo nie jest władzą represyjną. JK przed 80 rokiem wydał na pewno „Mury” (okrojony program) na kasecie (czy na płycie też to już nie jestem pewien), bo był to akurat czas popuszczania śruby, żeby uspokoić nastroje (co jak wiadomo się nie udało i nastąpił Sierpień). JK nie był jeszcze wówczas postrzegany jako tak opozycyjny twórca jak później, więc władza nie bardzo wiedziała, co robi. Nie miała pojęcia, że ten ktoś napisze kiedyś „Zbroję” albo „Jałtę”. On sam nie miał pojęcia.
„Krzyk” wyszedł w latach 80, po stanie wojennym, ale okoliczności ani dokładnej daty nie pamiętam, więc nic więcej nie powiem.
Oczywiście, że to co wydrukowano i przemielono nie jest publikacją. Powody takiego postępowania były co najmniej trzy. Najrzadziej – błąd cenzora, który przepuścił coś, czego nie powinien. Częściej chodziło o to, że zmienił się polityczny wiatr (bo były falowania, przykręcanie śruby i popuszczanie, różnych rzeczy nie było wolno w różnych momentach) albo też autor w międzyczasie naraził się.
Więc to, co tu się pisze o cenzurze i możliwości drukowania przy nastawieniu opozycyjnym, to jest ahistoryczne postrzeganie spraw i opieranie się na teoretycznych kłamliwych założeniach systemu, a nie na stosowanej i perfidnej praktyce.
Odpowiedz
#76
Panowie! Spokojniej trochę! Znowu - w zależności o "miejsca siedzenia" łapiecie się za słówka, uprawiacie czepialstwo i zamiast dociekać meritum, siebie nawzajem obrzucacie kalumniami stosując tylko pozornie mocne argumenty. Pozwolę sobie "bardzo krótko" :wink: zrekapitulować właściwy temat.
Łysiak publikuje w "Malarstwie białego człowieka" tekst pomawiający Kaczmarskiego o czyny, z czym większość z nas się nie godzi. Nie dla tego, ze bije on w dobre imię Jacka, ale przede wszystkim, że ma on formę prymitywnej napaści. Niepotrzebnie (absolutnie!!!) Art dał tu informacje o "zadymie" Łysiak kontra PW, bo to nic do tematu nie wnosi. Fakt, ze ktoś jest „Fe” albo „cacy” w jednym sporze, nie świadczy, że jest taki sam w drugim. To wywołało odejście - skądinąd ciekawe - od właściwego problemu. No a potem zaczęło się licytowanie, kto był bardziej gnębiony za PRLu. A jeśli ktoś nie był specjalnie gnębiony - znaczy się, ze musiał mieć pełne jej błogosławieństwo. Kochani! taka prosta, dualistyczna postawa w dyskusji to poziom Radia Maryja i obszczyjmurków pod monopolowym a nie - jakby nie było - w większości wykształconych ludzi.
W sporze Łysiak versus PW albo Łysiak jest prostakiem, obłudnym chamem, albo dwaj panowie D. Ale to inna przecież bajka i niech się panowie sami wadzą po sądach. Mnie to nie obchodzi!

Absurdalność zarzutu Łysiaka wobec Kaczmarskiego wypunktował logicznie i wystarczająco Olaff. Nie ma co powtarzać. Niestety - jak to bywa wśród dyskusji - zawsze pojawi się jakiś maluczki pyskaczek, który postanawia poprowokować i jeszcze dorzucić g...a i jeszcze poobrażać trochę forumowiczów. No i pada właśnie idiotyczny argument, że Jacek spijał śmietankę z rąk komuchów, jako Żyd kumał się z Żydami ( a z kim miał, Eskimosami? :wink: ) a Łysiak - w domyśle jako przeciwieństwo Jacka - to takie biedactwo, które ciągle było gnębione za swój antykomunizm od pieluchy i jest sztandarowym prawdziwym Polakiem.

Tak na marginesie drobna informacja dla niedouczonych i tępych rasistów ( ja jestem semitoneutralny :wink: ): wg obyczajów hebrajskich żydostwo dziedziczy się po matce, więc Jacek w tym pojęciu jest Żydem, Michnik chyba nie, bo o ile wiem, to jedynie ojciec jego miał żydowskie pochodzenie. Tym, którzy doszukują się żydostwa z 7 pokoleniu wstecz mówię od siebie: paszoł won swołoczy, przerabiane to było w latach '30/40. Smutno mi, kiedy widzę, że w Polsce jest dużo ludzi gotowych maszerować po ulicach z uniesioną ręką i krzyczeć Polska, Polska uber alles. To taka poboczna refleksja.


Jako dowód na to, czy ktoś był gnębiony, czy nie przez PRL zaczęliśmy licytować obu panów ilością publikacji. No to podsumujmy:
1. Nie ma co porównywać tzw. publikacji ulotnych, bo do tego trzeba kwerendy, o czym pisałem. Ale jeśli nawet lokalne pisma studenckie, czy klubowe publikowały wiersze Jacka, to trzeba pamiętać, ze w obiegu tzw. klubowym pozwalano na daleko posuniętą samowolę, cenzura szalała raczej post factum. W wysokonakładowych gazetach jak Sztandar Młodych o ogólnopolskim zasięgu, cenzura raczej działała przed puszczeniem do druku. Nie oszukujmy się: Łysiak na pewno też pisał felietony i historyczne artykuły. Tu dałbym wynik 1:1 z braku owej kwerendy, z ta drobna uwagą, że Łysiak z racji swojego wieku zaczynał wcześniej a i dla reżimu tematyka napoleońska czy o sztuce niosła o wiele mniej niebezpieczeństwa wywołania fermentu niźli piosenki młodego, zbuntowanego studenta. Nieprawdaż? Co nadal wcale nie świadczy, że Łysiak miał komunistyczne błogosławieństwo.

Dorobek oficjalnie wydany przez Jacka przed 13.12.1981 jest nad wyraz ubogi. Można mówić właściwie tylko o okrojonej kasecie Mury ( Wifon MC-0159 1981, nie jak podałem wcześniej 1980). Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby od 1977 roku, przez 4 lata nikt z wydawców poezji nie dostrzegł wyjątkowo zdolnego młokosa - poety i nie myślał o wydaniu w ogólnopolskim nakładzie choćby małego tomiku poezji Jacka. Nie dostrzegł, czy też wydanie takiego tomiku nie miało szans? Śpiewanie czy odczytanie nawet jawnie "antypaństwowych" tekstów w kabarecie czy na koncercie nie ma takiej siły nośnej, jak trwałe wydawnictwo. Mógł być sobie na uczelni Łysiak antykomunistą, ale takich, co przy studentach mówili o PRLu "fe" było wielu! W jego starszych książkach raczej nie doszukamy się antykomunizmu. Dlaczego? Bo by nie dostał PRLowskiego imprimatur! A jednak dorobek Łysiaka w PRLu jest bardzo znaczny, podaję rok pierwszych wydań, o wznowieniach nie wspominam: Szuańska ballada 1976, Empirowy pasjans 1977, Cesarski poker 1978, Szachista 1980, Perfidia 1980 ( jedno z opowiadań opublikowane już w prasie w 1973), Asfaltowy salon chyba 1980 lub 81 w Iskrach, wznowienie w ’86 za zgodą Iskier w wyd. Polonia. Konkwista 1988 (podawana data 1989 jest błędna – jak wynika ze stopki dano do składu w styczniu 88, do druku we wrześniu 88. Być może w księgarniach faktycznie dopiero na początku 89, ale na pewno przed Okrągłym Stołem, więc nadal za PRLu). Wszystkie nakłady od 20 do 100 tysięcy! Nie twierdzę, że Łysiak był hołubiony przez komunę. Twierdzę jednak, że miał on się dobrze w tamtych czasach i był wielbiony przez tłumy czytelnicze. Jeśli już rzucamy błotem, to pozwolę sobie na pewną insynuację trochę żartem. Proszę mi wyjaśnić, jak zdeklarowany antykomunista może uzyskać zgodę na wyjazd do USA nie na kilka dni do cioci przecież, a po powrocie móc wydać skądinąd świetny Asfaltowy salon? Bez błogosławieństwa komuny? Książka jest bardzo gorzkim opisem Ameryki i można tam znaleźć wiele krytycznych i cierpkich uwag pod adresem USA, kultury i ludzi ( z większością się sam zgadzam!). Wydanie takiego reportażu w II apogeum zimnej wojny (pierwsze było w czasie kryzysu kubańskiego) było po prostu na rękę reżimowi, choć, broń Boże, nie twierdzę, że Łysiak pisał na jego zlecenie.

Na zakończenie :wink: powtórzę się: nadal uważam Łysiaka za świetnego prozaika i eseistę o rozległej i imponującej wiedzy fachowej. Ale niech nikt ty nie twierdzi, jak mu było źle za komuny. Było mu o niebo lepiej, niż większości ludzi. Po 1989 nagle okazało się, że Łysiak nie jest jedynym świetnym pisarzem na rynku, również w temacie napoleońskim. Nagle okazało się, że Łysiak nie schodzi z półek z całym nakładem, a wszystkie jego książki wydane od 1990 można było kupić na Koszykach w taniej książce w Warszawie. Niektóre tytuły widziałem nie tak dawno! No to trzeba było się jakoś pokazać, zaistnieć w mediach. Pierwszy sposób to pokazać w TV gołą d..ę, drugi – tę d..ę komuś obrobić pisząc pomówienia. Łysiak popełnił to drugie. W krótkim czasie przeczytałem wszystkie dostępne ze strony Arta wywiady Jacka. Choć faktycznie czasem krytycznie wyrażał się o polskich przemianach, o ludziach, politykach, ale też i Kościele w Polsce ( wg mnie w większości w pełni słusznie i nad wyraz DELIKATNIE ) – nigdzie nie dostrzegłem obrzucania błotem i szkalowania. Jeśli jakiś forumowicz, czy przeciętny dziennikarz (W. Żyszkiewicz) twierdzą coś innego – niech albo się po prostu odwalą, albo – co znów powtórzę: niech udowodnią, że mają jaja i rzucą nam w twarz konkretne cytaty z Jacka. Inaczej to jest zwykłe ujadanie ratlerków dla poklasku własnych opcji politycznych.
Z wyrazami sympatii do niepolitycznej twórczości Łysiaka – krytyczny wielbiciel twórczości Kaczmarskiego.
P.S. Zaraz, zaraz. A łysiak to niby pisał dla ilu % po 1989? Ten cytat z Jacka dotyczył lat po 1990. A ile to % Polaków przeczytało niby książki Łysiaka, zwłaszcza z tych nowych? daj Boże z 5%, to i tak czytaelniczy sykces. zanim ktoś zacznie pisać androny, niech zastanowi się co to 7%. No, jeśli dla niektórych zabawa zaczyna sie dopiero od 40%, to ja przepraszam, do widzenia Big Grin .
Odpowiedz
#77
Przepraszam za konieczny dodatek. Errata – precyzuję jedno zdanie. Napisałem: „A nie, że wydawano nieprawomyślnych.” Mam na myśli – wtedy, gdy tę nieprawomyślność demonstrowali w dziele. Co sobie kto myślał prywatnie, to inna rzecz.
Odpowiedz
#78
----------------
Odpowiedz
#79
Olaffie, nie chcę wywoływać ponownej szermierki słownej o pietruszce i gruszce, bo po co. Odpowiadasz troche poza tematem mojego posta.
Oczywiście pomyliłem dwa tytuły Łysiaka - ty moja raptusiewiczowość wychodzi.
Ale właśnie do tego zmierzałem, że obu panów trudno porównywać, jeśli chodzi o dorobek w PRLu, właśnie z przyczyn, które podałeś. Ja tylko chciałem pokazać, że bezpodstawnymi głupotami są niektóre twierdzenia na łamach tego forum, jaki to Łysiak był wojujący antykomunista w porównaniu z Kaczmarskim, który za to jakoby był głaskany przez reżim. Ani drugi nie był tak strasznie tępiony - Jacek jakoś wcale nie przyszywał sobie kombatanctwa, co sam niejednokrotnie głosił - ani ten pierwszy w czasach PRLu nie był takim oficjalnym antykomunistą, za jakiego teraz próbuje się kreować pomawiając o komunistyczne sympatie innych. :beer:
Odpowiedz
#80
------------------
[b][color=#000080]Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajka wytwornych pind na kupę,
I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,
A srać chodziłeś pod chałupę,
Ty, wypasiony na Ikacu -
całujcie mnie wszyscy w dupę.[/color][/b]
Odpowiedz
#81
No już dobrze, dobrze Big Grin :beer: ! Tokarczukową dałeś w pewnym momencie, jako kolejny przykład kolejnej muśli i pomuliły mi się przykłady, nie Tokarczukowa z Krallową. Łysiakowe ksiazki pomyliły mi się, bo gdzieś wyżej ktoś o tym pisał i tam chyba też były jakieś osobiste wycieczki Łysiaka do różnych ludzi. Że obu książek nie czytałem - mea culpa_ z rozpędu pomyliłem. Ty - bingo - masz mnie. Moje niewątpliwie "karygodne" :wink: pomyłki nie zmieniają i tak myśli przewodniej. Czas chyba zakończyć temat i nie wracać do niego, dopóki ktoś nie znajdzie tych wrednych, szowinistycznych i antypolskich :wink: wypowiedzi Jacka z Australii urażających nastojaszczijich Poliaków.
Odpowiedz
#82
Jeszcze moment, Piotru. Choc nie o Australii i opluwaniu, oczywiscie, bo to nie ma sensu. Jeżeli znajdziesz inne słowo niż „hołubienie” na określenie stosunku komuny do WŁ, to ja się z góry na nie zgadzam. Te wszystkie działania, które opisujesz, ja nazywam hołubieniem, ale przecież nie chodzi o słowo.
I nie chodzi też o to (piszę to setny raz, ale nie narzekam), że nie zwalczał, nie siedział w okopie, nie kolportował, tylko że po latach robi z siebie bojownika z pierwszego szeregu. Gdyby siedział cicho pod tym względem tematycznym, czy ktoś w ogóle by się zastanawiał, jaki był jego stosunek do Gierka albo Jaruzelskiego? A kogo to obchodzi! (Oprócz nieuleczalnych tropicieli.)
Ponadto w komunie nie było – jak piszesz – cenzury post factum. Nigdzie, przy niczym drukowanym. Była wyłącznie prewencyjna. Cenzura post factum byłaby wtedy, gdyby np. gazety ukazywały się z białymi plamami. Chyba że masz na myśli ten krótki okres schyłkowy, kiedy ingerencje cenzury (ale też dokonanej przed, nie po) trzeba było zaznaczać nawiasem kwadratowym, trzema kropkami i długim zdaniem zaczynającym się od Ustawa o Kontroli Publikacji i Widowisk z dnia... albo coś w tym guście. Ale to trwało króciutko, choć ślady są do dziś w niektórych wydanych podówczas książkach. Np. Gombrowicza. Ale w książkach WŁ raczej nie.)
Dorzucę jeszcze coś, bo cały czas dominuje w dyskusji myślenie poza historią.
Były kręgi wolności – mniej można było powiedzieć w czasopiśmie, więcej w książce, mniej w dramacie, więcej w kabarecie, mniej w dużym nakładzie, więcej w małym nakładzie itp. Otóż najmniej można było powiedzieć w telewizji z uwagi na powszechność i siłę tego środka przekazu. Tam trzeba już było być niekontrowersyjnym człowiekiem co do podstawowych zasad socjalizmu realnego, żeby się wypowiadać. Więc ja pamiętam WŁ wypowiadającego się w telewizji wielokrotnie, w różnych programach rozrywkowych, publicystycznych, edukacyjnych (w dyskusjach politycznych nie, ale wtedy takich nie było, bo o czym dyskutować, jak wszyscy się muszą zgadzać ze sobą – więc jeśli już, to bywały od wielkiego dzwonu). Mówię o schyłku lat 70. Nie pojawiał się w TV codziennie, nie chcę przesadzać, może nawet było to rzadko, ale bywało. Jako chętny podówczas czytelnik książek WŁ zwracałem na niego uwagę. Ale sądzę, że tego nie da się dziś udokumentować, naturalnie. Ktoś powie „nie” – i też będzie miał rację.
A co do ewentualnej książki JK – nikt nie traktował studenckiego śpiewania jako poezji, mimo że w poezji można było sporo powiedzieć, ponieważ nikt tego nie czytał i nie rozumiał (prawie). Wczesna poezja JK nie jest aż tak wybitna, on się ogromnie rozwijał. Druk książki, jak już wspominałem, mógł trwać 5 lat i więcej, więc 4 lata śpiewania, w tym dopiero końcówka z szerszym zasięgiem, to pryszcz.
Poza tym, jeśli nawet JK nie wyśpiewywał wówczas (bo mu nie dano) jakichś szczególnie wywrotowych treści, to jednak KRZYCZAŁ. Nie lubiano tych, co krzyczą, bo czemu krzyczą, skoro jest dobrze? Więc jak muszą, niech krzyczą z boku, gdzieś na mniejszej scenie.
Na koniec jeszcze o WŁ. Wykorzystywanie publikacji przez władze dla własnych interesów (vide: Asfaltowy saloon) bardzo trafnie charakteryzujesz, Piotru. WŁ zawsze miał wybujałe ego i od czasu do czasu dokopywał komuś z tego wyłącznie powodu (to mu zostało), co teraz można interpretować jak się chce. Pewnie Ameryki nie kopał dla władz, ale pasowało im. Z analogicznych powodów byc może kopnął gdzieś na wykładzie towarzysza Breżniewa. A teraz dopasowuje. Wiedza zawarta w jego książkach zawsze była mi bliska, aczkolwiek od początku drażnił mnie ton pewnego zadufania i kultu dla cwaniactwa jako ideologii honorowych mężczyzn (dziś, niech mi wybaczą fani, pokrewny ton drażni mnie u Sapkowskiego, choć też jest świetnym pisarzem).
Nie wiem, czy to nie WŁ (kojarzę, że on, ale może pomyliłem) w odpowiedzi oponentowi w prasie na przełomie lat 70/80 wymyślił ku mojej lekkiej dezorientacji (bo jeszcze wtedy od tej strony go nie znałem) związek chemiczny o symbolu O2D3PI4ERD2OL3SIĘ2 (zapisane jak wzór, z cyferkami w indeksie dolnym).
Co niniejszym czynię.
Odpowiedz
#83
Zbychu, jak ja Ciebie lubię czytać... Confusedpoko: . Nawet, kiedy ktoś trochę bełkocze i myli tytuły ( mam od 2 dni grypę, więc to takie moje małe usprawiedliwienie), Ty szybko wyłapujesz sedno i rozumiesz cudze skróty myslowe, w przeciwieństwie do niektórych na tym forum - dla tych, co na morzu czujacych się dotkniętymi cienką aluzją :beer: .
Cenzura post factum to była przenosnia. po prostu kiedy w tych niewielkich kręgach wolnosci słowa ktoś za bardzo krzyczał, zagalopował się w krytycyźmie, po prostu dawano ostrzezenie: obywatelu, albo przystopujecie, albo zamykamy klub, likwidujemy nakład gazetki, w ostateczności zamykamy w pierdlu. Zmuszało to to niejakiej autocenzury lub cenzury wewnatrzgrupowej. Pietrzak ze swoim kabaretem za Bieruta by już gryzł ziemię, za Gomułki siedziałby prewencyjnie w kiciu. za Gierka mógł co jakiś czas trochę w piwnicznej izbie przywalić Sowietom i komunie. Taka krytyka pod kontrolą.
Łysiak ( naprawdę Konkwista i Perfidia to były doskonałe kryminały na miarę zachodnich sław gatunku, napoleoniana nie są mi znane, bo tematyka mnie nie fascynuje) oraz liczni prawicowi publicyści i politycy starają się teraz wszystkim wmawiać, że najczarniejszy stalinizm trwał aż do 1989 roku. A to nie prawda. Gdyby trwał, łysiak bez legitymacji PZPR nie wykładałby na PW, Jacek nie śpiewałby publicznie (moze w ogóle) Murów a wielu z nas nie rozmawiałoby na tym forum z jakiejś prozaicznej przyczyny - bo kolega z pracy doniósłby do UB, ze powiedziało się po pijaku, że Breżniew to obleśny cwok. Jeszcze raz pozdrawiam.
Odpowiedz
#84
Uff!
Warto jednak czasem wrócić na stare śmieci - dawno tu nie zaglądałem, ale chyba czas to zmienić.
I nowe idzie i stare wraca: miło poczytać tych, których nie miałem przyjemności jeszcze poznać (wybaczcie pozostali, ale ze względu na skrótowość serdeczności skieruję przykładowo do Zbycha Wink ), ale i miło (tak! tak! - mam sentyment Wink) poczytać znów Konopa - widzę, że bez Listy dajesz sobie radę na Forum Smile
Przebrnąłem przez cały wątek (przeczytawszy nawet proponowane linki) i...chyba rzeczywiście nic nie ma tu do dodania. Pewnie bym się nawet i nie odezwał, ale....zwykła ciekawość mnie zżera:

Petrvs napisał(a):MacB pozdrawiam Cię

Czym, Petrvsie, zasłuzyłem na ten miły gest? O czymś nie pamiętam? Wybacz! - to pewnie starość, przepracowanie, wypłukane neurony, albo...wszystko to razem :beer:
Znajdzie się słowo na każde słowo
Odpowiedz
#85
Maćku - z przykrością muszę Cię rozczarować. To taka mała sztuczka.

Wpisujesz
Kod:
[you]
i każdy widzi swoj nick Wink
Odpowiedz
#86
:rotfl:
Widzisz? Jaki jednak ze mnie...przedszkolak Wink internetowy?
Co nie przeszkadza mi - bez żadnych "sztuczek" - pozdrowić Ciebie i pozostałych Forumowiczów Big Grin
Znajdzie się słowo na każde słowo
Odpowiedz
#87
Witam!

Ktoś tu napisał:

<i>„Pyta Pan, Panie Wilczyński, czy Żyszkiewicz bredzi. Gdy redaktor Żyszkiewicz pisze że publiczność JK topniała, to z całą pewnością bredzi jakby mu ktoś obuchem przez łeb przyłożył a potem jeszcze poprawił. Na jakiej podstawie Żyszkiewcz tak pisze? Może Pan powiedzieć, Panie Wilczyński? Na jakiej? Niech Pan uwiarygodni wypowiedź Żyszkiewicza jakimiś danymi.”</i>

A przecież w artykule, który znajduje się na Waszej stronie można wyczytać m.in.:

<<Powroty Kaczmarskiego to kolejne koncerty w Polsce dla wielbicieli, którzy go zaakceptowali po australijskiej przemianie. To kolejne nagrania starych i nowych utworów. Powroty Kaczmarskiego to również wybory polityczne. Kaczmarski nie ukrywa, że jego sympatie leżą po stronie Unii Wolności. Tam ma kolegów, z którymi dorastał. Politycznych idoli i guru. Podczas kolejnej wizyty, w 1998 roku, zaskoczył grono swoich zwolenników i przeciwników. Przystąpił do Ruchu Świadomej Tolerancji, organizacji animowanej przez współpracownika tygodnika ”NIE”. W tezach, które miały być rozlepione m.in. na drzwiach warszawskiej katedry, Kaczmarski postulował, legalny dostęp młodych ludzi do miękkich narkotyków, ”ponieważ tłamsi ich szara rzeczywistość”. Zalecał dzieciom kontestowanie autorytetu rodziców. A warszawskiej młodzieży szkolnej - strajk. W kilka dni później wycofywał się z pomysłu. Dziś zapewnia, że każdy ma jakieś ślepe uliczki.
- Ta jego „akcja tolerancji” była jakimś skrajnym idiotyzmem. I to na kilka dni przed promocją książki - mówi Adam Borowski, wydawca zbioru utworów Kaczmarskiego „A śpiewak także był sam”. Doszło między nami do potwornej awantury. Uznał wówczas, że popełnił błąd. <b>Ale to już podważyło nieco moje do niego zaufanie.</b>
- Miał wystąpić z koncertem w naszej redakcji - wspomina naczelny ”Tygodnika Solidarność” Andrzej Gelberg. - <b> Kiedy się ludzie dowiedzieli o jego wyczynach, wielu odmówiło przyjścia na koncert. Byli też tacy, którzy mówili, że przyjdą, ale tylko po to, by mu dać w gębę. W końcu Jacek odwołał swoje gadania, przeprosił publiczność i dał znakomity koncert.</b> >>

Przy okazji, czy to takiej „niezłomnej postawy wobec własnych przekonań i ideałów, jakie Jacek Kaczmarski prezentował przez całe życie” życzysz mi Szanowny Krzysztofie??

Można jeszcze przeczytać:

<<- Ja nie miałem żadnych złudzeń wobec Jacka - mówi Andrzej Gelberg, w podziemiu wydawca kaset z nagraniami Kaczmarskiego. - To świetny poeta, ale jego wybory życiowe stoją w istotnej opozycji wobec tego, co tworzy. Kiedy poszedł do Kwaśniewskiego po blachę, powiedziałem: tego już za dużo. Zerwałem z nim przyjaźń. Widać ta blacha ma dla niego większą wartość niż stare przyjaźnie.>>

Czy Andrzej Gelberg też „bredzi”, o zerwaniu przyjaźni, i czy był odosobnionym przypadkiem??

Jeszcze sprawa „7%”.

„Gram dla tych dziesięciu czy siedmiu procent widzów, którzy nie chcą zagłuszyć się rytmem, nie szukają w sztuce sposobu na zabicie czasu, ale inspiracji do myślenia.”

Skoro o „udowadnianiu” mowa, czy ktoś potrafi mi udowodnić jakie „10 czy 7 procent widzów” miał na myśli Jacek Kaczmarski?? Może miał na myśli „odsetek” spośród tych, którzy przychodzili na jego koncerty?

(<b>Pogrubienia</b> w cytowanych tekstach są moje – Z.W.)

Pozdrawiam

Zbigniew Wilczyński

P.S. Informuję uprzejmie, że „śledztwa” jeszcze nie zakończyłem.
P.S.’ Jeśli moje „lenistwo” oraz Szanowne Grono tutejszych P.T. Forumowiczów pozwoli, to na część zarzutów i pomówień pod adresem Waldemara Łysiaka postaram się odpowiedzieć w troszkę późniejszym terminie.
Odpowiedz
#88
KRAJOBRAZ PO DYSKUSJI

Autor ponizszego opracowania od pewnego czasu sledzil (z duzym zainteresowaniem i rozbawieniem) "dyskusje" spowodowana zamieszczeniem tekstu Lysiaka przez Admina. Jednoczesnie zas staral sie notowac/rozwijac niektore spostrzezenia, grzebiac po archiwach, by dorzucic wyjasnienia i dodatkowe informacje.

Poniewaz "dyskusja" sie bardzo szybko rozkielbasila, nie zajmowal sie wszystkimi tematami, by moc lepiej sie skupic na watkach ktore go najbardziej zainteresowaly. Czytajacy te slowa nie musza sie wiec czuc zobowiazani do wytykania ze ten lub inny wazny (dla nich) watek nie zostal podjety. Wiem ze jest to moj sugestywny wybor tematow i z gory informuje o tym publicznie :-).

Na dodatek, w miedzyczasie (czy tez : nareszcie !) pojawily sie niektore dodatkowe informacje ktore juz zanotowalem w moim "dziele" i ktore zamierzalem oglosic, czekajac momentu gdy "dyskusja" troche oslabnie. Geppard podal namiary na artykul w Tygodniku "S" o ktorym chcialem wspomniec. Olaff w koncu napisal co JK, jego zdaniem, wydal w PRLu. Staralem sie przystosowac moj tekst do tych nowych warunkow. Mam nadzieje ze jesli (mimo moich staran) zostaly sie jakies powtorki, zostanie to potraktowane z wyrozumialoscia.

1. WOKOL WYPOWIEDZI LYSIAKA O JK (poczatek "dyskusji"):

1.1. LYSIAK O JK
W skrocie o wypowiedzi : niezyczliwosc i przesadyzm. Jacek faktycznie byl wiadomego pochodzenia i nawet mialo to jakis wplyw na jego tworczosc. Faktycznie krytykowal niektore cechy naszego narodowego charakterku (ale tez pisywal rzeczy "ku pokrzepieniu serc") itd itp, ale splycanie to do opisow "wojujacy Żyd", "opluwał" czy "nienawidzi Polaków" jest (moim zdaniem) objawem tzw zlej woli.
Ale tez : tak chyba zawsze wygladala publicystyka pana Lysiaka. Wydaje mi sie troche dziwne obrazac sie na Lysiaka TERAZ, badz tez TERAZ oglaszac ze nagle stal sie zupelnym idiota.
Bo jesli jest to reakcja na zasadzie ze "on napadl na NASZEGO Kaczmarskiego", to troche smiesznie : Kaczmar nie dla wszystkich musi byc wazny (niestety).
A jesli ma to byc reakcja na zasadzie "sa przeciez, k... pewne zasady", to zwracam uwage na fakt ze pan Lysiak "udziela sie" w ten sposob juz od conajmniej 30 lat.

Oczywiscie, mozna protestowac, pisac listy otwarte do Lysiaka etc ale to bedzie chyba tylko woda na jego mlyn. On bedzie na tym zarabial. Proponowane przez kogos porownanie z Urbanem Jerzym jest moim zdaniem bardzo trafne.
Wiec co robic ? Wlasciwie nic. Odnotowac ale nie znizac sie do dyskusji na takim poziomie.

1.2 O WRAZLIWOSCI
Trafilem niedawno na artykul o JK w Tygodniku "S". Geppard mnie ubiegl, przypominajac go pierwszy.Pozwalam sobie jeszcze zacytowac koncowy kawalek o okresie australijskim :
"Starał się być obecny na rynku, nagrywał płyty, wydawał książki. Nadal koncertował, ale miał świadomość, że jego publiczność topnieje. Ubywało mu wyznawców, zrażonych atakami na Kościół katolicki i coraz częstszymi oskarżeniami Polaków o szerzenie nienawiści, ignorancję, antysemityzm. "Gram dla siedmiu procent" - mówił w jednym z wywiadów. Coraz chętniej udzielał ich zresztą pismom SLD: Przeglądowi i Trybunie. W 2000 r. przyjął od Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Wziął też udział w koncercie z okazji tzw. 50-lecia ZSP. Tego nie zrozumiało wielu jego przyjaciół. Innych zraził sobie hojnie szafowaną krytyką rzeczywistości zawartą w kolejnych tomach prozy powieściowej.
Owszem, nadal potrafił być atrakcyjny dla młodych. Tych zbuntowanych pociągała skandalizująca anegdota i nieco szyderczy ton "Autobiografii z kanalią" czy "O aniołach innym razem". Dla ambitniejszych jego dawne pieśni czy zbiory wierszy stawały się zaproszeniem do marginalizowanego współcześnie świata kultury wysokiej."
( <!-- m --><a class="postlink" href="http://www.tygodniksolidarnosc.com/2004/17/3d_pie.htm">http://www.tygodniksolidarnosc.com/2004/17/3d_pie.htm</a><!-- m --> )

Prosze porownac to z fragmentem Lysiaka o JK, wywieszonym na poczatku tej dyskusji. Mam wrazenie ze to jest wlasciwie ten sam tekst, ale pisany stylem Lysiaka (zwrocil tez na to uwage Olaff). Co ciekawsze, Lysiak tez publikuje w Tygodniku "S"... Tyle tylko ze w wykonaniu Lysiaka z wlasciwie tych samych uwag/zarzutow zrobil sie wredny paszkwil. Oto do czego doprowadza przesadyzm.

Byc moze w calej tej dyskusji sednem jest tylko stopien reagowania, wrazliwosci.

Krytyczne wypowiedzi Jacka moga zapewne byc odbierane/interpretowane jako "plucie" i "nienawisc" przez osoby dla ktorych slowo "Ojczyzna" czy "Polskosc" ma sie wymawiac wylacznie na kleczkach (lub,np, uwazaja ze maja monopol na wypowiadanie sie w tak waznych sprawach...).

Tak jak, np, wszelka krytyczna uwaga o sp JK bedzie odbierana jako "plucie" przez kazdego kaczmaro-dogmatyka.

Sadze ze np mozna by bez konca sie spierac czy "Czerwony autobus" lub "Oddzial chorych na raka &agrave; la polonaise 2002" jest pluciem czy nie. I na pewno znajdzie sie chetny by tlumaczyc ze to "antypolonizmy".
Nawet jesli osobiscie odbieram je jako zapis jakiejs formy rozpaczy.

1.3 DO ARTURA
Uwazam ze wypowiedz Lysiaka nalezy wywiesic w dziale "Reakcje po smierci JK". I nie sadze ze jest konieczne tlumaczyc w przypisach, prostowac... ze JK jednak nie byl "wojujacym Zydem" (by the way : ciekawe jakim w takim razie zwrotem okresla Lysiak np. rabina Weissa ...) etc. Poziom wypowiedzi Lysiaka mowi sam za siebie. Niech wisi i straszy (wywowiedz Lysiaka na Witrynie)(nie Lysiak).

Sugeruje tez dorzucenie na Witryne wspomnianego artykulu z Tygodnika "S" :
Tygodnik Solidarność nr 17/2004, "Pieśniarz pokolenia Solidarności", Waldemar Żyszkiewicz
<!-- m --><a class="postlink" href="http://www.tygodniksolidarnosc.com/2004/17/3d_pie.htm">http://www.tygodniksolidarnosc.com/2004/17/3d_pie.htm</a><!-- m -->
Waldemar Żyszkiewicz jest autorem kilku tomikow poezji.

Nawet jesli sie z tym nie zgadzamy, jest to jakas informacja o JK i o odbiorze JK.

Acha, trafilem tez przypadkowo na wspomnienie Ryszarda Makowskiego o Jacku. Nastroil mu gitare. Ciekawe. Moze tez warto to sciagnac. Adres:
<!-- m --><a class="postlink" href="http://www.ryszardmakowski.art.pl/index2.php?id=koment">http://www.ryszardmakowski.art.pl/index2.php?id=koment</a><!-- m -->

(to ten Makowski z OT.TO ?)

2. WYWIADY W AUSTRALII (srodek dyskusji)

2.1 GDZIE SIE PODZIALY TE STRASZNE WYWIADY ?

2.1.1 TRESC OSKARZENIA :
Lysiak pisal : "Wyemigrował do Australii tłumacząc że robi to dlatego iż nienawidzi Polaków. Tam udzielał prasie wywiadów w których wszystko co polskie (papieża, religię, patriotyzm)..."

Gosc Janek pisal na forum (2004-12-01, 21:50) : "Ciekawi mnie tylko,ilu z tych,co teraz tak zapluwają się w obronie Kaczmarskiego,czytało jego wszystkie emigracyjne (australijskie) wywiady?No ilu?"
oraz
(2004-12-01, 22:53) : "A ja się jeszcze raz pytam-ileście mądrale czytali tych wywiadów Kaczmarskiego emigracyjnych?Słownie ile?I nie chodzi mi o wywiady udzielane,kiedy przyjeżdzał do Polski na koncerty,tylko wywiady udzielane w Australii.Słownie ile ich czytaliście,skoro zarzucacie Łysiakowi kłamstwo?Jeśli fakty przeczą teorii,tym gorzej dla faktów..."

2.1.1 WYNIKI SLEDZTWA :
Przekopalem sie przez rozne tamtejsze polonijne gazetki i biuletyny, zwracajac szczegolna uwage na okres ladowania na antypodach i zgonu (okazja do okolicznosciowych wspomnien) i... wlasciwie nic nie znalazlem.

Ot, taka wzmianka we wrzesniowej "Kronice Polonii" :
&laquo; Od kwietniowego numeru sporo zdarzylo sie na swiecie, w Polsce i u nas.(…)
Chwila zadumy – w ostatnich kilku miesiacach odeszli na zawsze slawni i kochani ludzie: Czeslaw Niemen, Jacek Kaczmarski i Jacek Kuron. Smutek i zal. Dlaczego wlasnie oni, tak przedwczesnie ?”
Strona 23, autor : Irena Slaska-Bell, w &laquo; Kronika Polonii &raquo;, nr 2(80), wrzesien 2004
"Kronika Polonii" wychodzi nieregularnie, ale jest bardzo interesujaca ze wzgledu na kronike wydarzen, zarowno krajowych jak i polonijnych.

Wydaje mi sie troche dziwne ze nie znalazlem zadnego sladu tych antypolskich "wywiadow australijskich". Ani samych wywiadow w gazetkach polonijnych, ani polonijnych reakcji na taaaakie wywiady i wypowiedzi. A srodowiska polonijne lubia nie tylko urzadzac konkursy piesni i tancow ludowych, ale takze z duzym zaciekawieniem sledza wszelkie afery, i te w Kraju i te poza. Oraz sa CHOLERNIE uczulone na punkcie prawdziwych lub domniemanych "antypolonizmow".

A tu : nic, zadnych wywiadow, zadnych protestow w reakcji na wywiady.
"Very Strange", jak mawial pewien kangur....

Jedyna nadzieja to to ze Geppard Wilczynski upoluje nam jakis smaczny kasek, jak obiecal. Ale obawiam sie ze bedzie to tylko sprawdzeniem mojej prywatnej hipotezy o roznicach w reagowaniu i wrazliwosci (punkt 1.2). Krytykowanie przez Kaczmara pewnie tak, plucie raczej nie.

Przy okazji odkrylem bardzo ciekawa witryne PYSS (Polish Youth Support Society), z podstronka poswiecona... JK :
Jest to opis aukcji dziel sztuki w ramach Akcji Pomocy dla Kaczmara, zorganizowanej jego australijskich wielbicieli : "Ponad $12,00 tylko ze sprzedazy obrazow, bizuterii, CDs i sztuki uzytkowej, nie mowiac juz o wolnych datkach i dotacjach wplacanych bezposrednio na konto “JK Health Fund 063003 10100044“ przez ludzi z calej Australii. (...) Licytacja obrazu “Dwie Skaly” Wladyslawa Ratuszynskiego osiagnela imponujaca sume $1250.(...) Aukcja byla wielkim sukcesem i mogla udac sie tylko dzieki dotacji artystow i dzieki duzej hojnosci polskiego spoleczenstwa. "
Wspominaja tez o tym ze JK byl ulubiencem sluchaczy australijskiego SBS Polish Radio...

Tez niezbyt pasuje do tych strasznych antypolskich wywiadow ktorych szukamy, nie ?

2.2 DO ADMINA
Podaje namiary na podstronke PYSS poswiecona JK :
<!-- m --><a class="postlink" href="http://pyss.org.au/kaczmarski.html">http://pyss.org.au/kaczmarski.html</a><!-- m -->
Trzeba to koniecznie sciagnac i dorzucic do archiwow akcji pomocy !

3. WYDAWAC W PRLu

3.1 PORA NA REKLAME !
Milo mi poinformowac wszystkich zainteresowanych ze ukazala sie wlasnie b. ciekawa ksiazka :
Andrzej Krajewski „ Miedzy współpracą a oporem. Twórcy kultury wobec systemu politycznego PRL (1975-1980)”, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2004r, cena: 42,00.

Nie mialem jeszcze w reku, mam nadzieje ze pewien siostrzeniec kupi mi to na "pod choinke", ale w recenzjach mozna m.in. przeczytac :
"Praca jest oparta na szerokiej podstawie źródłowej. Autor wykorzystał wiele interesujących, a nieznanych do tej pory dokumentów, przede wszystkim z akt KC PZPR. Książkę zamyka wiele niezwykle ciekawych aneksów. Znajdziemy wśród nich m.in. statystyczne zestawienia ingerencji cenzorskich (według miesięcy, tematyki usuniętych tekstów oraz miejsca ich niedoszłej publikacji). Szczególnie interesujące są, odnalezione przez autora w partyjnych archiwach, wykazy pisarzy, których zdaniem KC PZPR należało popierać, oraz tych, których różnymi metodami zwalczano. Książkę Andrzeja Krajewskiego można z czystym sumieniem polecić czytelnikom zainteresowanym dziejami środowisk twórczych w PRL i polityki PZPR wobec kultury. Zapewne wiele osób będzie ją czytało z wypiekami na twarzy. Praca ta nie tylko odsłania kulisy działania władz, lecz także ukazuje nieznane (lub zapomniane) oblicza wielu wybitnych twórców, warto więc, aby stała się przyczynkiem do refleksji nad złożonością ludzkich postaw i skalą uwikłania jednostek w system totalitarny."
Zapowiada sie ciekawie, zwlaszcza ze form cenzury bylo sporo. Najzabawniejsze byly poscigi za ksiazkami ktore poczatkowo dostaly przyzwolenie (przez przegapienie) i zostaly juz wydrukowane : szly na przemial lub... caly naklad wykupiony przez bibloteki wojskowe :-) ... To byly czasy..
Byc moze znajdzie sie w tej ksiazce cos do poczytania i o panu JK i o panu Lysiaku....

3.2 WYDAWAC W PRLu : LYSIAK I KACZMAR
Podobnie jak Olaff, sadze ze trudno jest porownywac JK i WL, wziawszy pod uwage roznice wieku. Ale przypominam ze to wlasnie Olaff pierwszy napisal ze "za tzw. komuny JK także wydawał płyty" (Olaf do Artura, 2004-12-01, 22:56). I stad wzielo sie cale to porownywanie JK z WL. Oraz pyskowka : "wydawal/nie wydawal".

Gdy Kaczmar dopiero "zaczynal istniec", Lysiak byl juz dosc znany jako ...nieszkodliwy oryginal : w PRLu bycie "bonapartysta" bylo w sumie mniej grozne (dla "Rezimu" i dla Lysiaka) niz np bycie "reformatorem w PZPR". Trzeba przyznac ze juz wtedy pan Lysiak opowiadal w wywiadach o swojej odwadze : wtedy jeszcze nie o protescie akademii im.Suworowa ale o tym ze... przyszedl bronic prace doktorska (magisterska?) w dzinsach (za co go bodajze przesladowano, ale nie jestem pewny)...

Jacek dopiero startowal w roznych kregach "rownoleglych" do oficjalnych srodkow masowego oglupiania : koncerty w domu, u znajomych, kluby studenckie, festiwaliki, u Pietrzaka. Wychodzi na to ze najlepiej byloby gdyby w ogole nie zaistnial, lub wyemigrowal od razu. W ramach protestu! Wtedy nie byloby o nim zadnej wzmianki (a zdarzalo sie to bardzo rzadko) w zadnej oficjalnej gazecie mlodziezowej (czyli "komuchowskiej", bo innych raczej nie bylo). Mogl ewentualnie, w wieku lat 17u, zapisac sie do KORu ? Nie wiem czy wpuszczali malolatow... (poza Adasiem ?). A potem co ? Chalupniczo nagrywac i rozprowadzac kasety ? Dlugo by to tolerowano ? Przeciez np Baranczak (o ktorym byla tu mowa) byl juz wtedy osoba dorosla (rocznik 1947), po studiach.

Wszystko to jest nieporownywalne.

3.3 O TYM JAK KACZMAR WYDAWAL W PRLu
Wg moich wyliczen bylo:
- troche wzmianek w gazetach, troszeczke wywiadow, wiekszosc w okresie pierwszej "S", m-dzy sierpniem 1980 a grudniem 1981, gdy cenzura zelzala; nie wiem czy mozna skrocic to do zwrotu "wydawal w PRL" (gdyby to byl tylko PRL, nie trzeba by bylo wprowadzac stanu wojennego...)u;
- "Mury" NAGRANE w studio we wrzesniu 1980, plyta (winyl) WYDANA juz po upadku Muru berlinskiego (1989), wersja skrocona na kasecie w 1981
- "Krzyk" NAGRANY w studio w marcu i czerwcu 1981, plyta (winyl) WYDANA juz po upadku Muru berliskiego (pierwsza seria, wyprodukowana pod koniec roku 1981, zostala wyslana na przemial; zachowalo sie kilka sztuk, ale ani jedna okladka)
- poza tym koncertowanie po miastach (programy Raj" i "Muzeum"),
- pewnie troche tekstow w studenckich spiewnikach, wydawanych chalupniczo przez studentow, na powielaczu lub jeszcze gorzej; zaliczylbym to raczej do "drugiego obiegu";

I tyle ! W sumie raczej malo. Wylaczajac okres m-dzy podpisaniem umow gdanskich a stanem wojennym : wlasciwie nic. Pierwsza plyte mozna bylo kupic dopiero po upadku Muru Berlinskiego.

3.4 O DYSKUSJI O TYM JAK KACZMAR WYDAWAL W PRLu
Dyskusja zostala sprowokowana wypowiedzia Olaffa :
"Pamiętaj, że za tzw. komuny JK także wydawał płyty..." (Olaff do Artura, 2004-12-01, 22:56).
Twierdzenie to zostalo kilkakrotnie powtorzone w trakcie dyskusji :
"Za wiele nie wydawał, bo w latach osiemdziesiątych był dopiero u progu kariery - to raz. Ale wydawał i to jest fakt" (Olaff do Zbycha, 2004-12-01, 23:24)
"(...)zapytałem o wielkość nakładów mając nadzieję, że ktoś (np. Artu) ową wielkość poda i wówczas będzie można porównać ów nakład z wielkością nakładów JK. Oczywiście wypadło by to porównanie na korzyść Łysiaka, ale mimo wszystko sam fakt drukowania za komuny (wydawania książek, płyt itd.) nawet w dużych nakładach o niczym jeszcze nie świadczy, a już na pewno nie musi świadczyć o politycznej poprawności, czego JK jest przykładem. (...) Kaczmar był niepoprawny a jednak wydawał i zdobywał nagrody (...) O to chodziło, że wydawał, ale mało. I to jest prawda. Czemu więc teraz piszesz, że wcześniej twierdziłeś, iż JK nie wydawał.(...) cały czas podaję przykład JK, jako autora niepoprawnego politycznie, który jednakowoż mógł wydawać i publikować. Wydał i publikował mało nie dlatego, że więcej mu nie dali, tylko dlatego, że był u progu kariery dopiero. Nakłady jego płyt poszły na przemiał dopiero w Stanie wojennym – o ile pamiętam." (Olaff do Zbycha, 2004-12-02, 13:09)

Nigdzie na tym etapie dyskusji nie zostaly podane dokladniejsze informacje na temat tego co JK w PRLu "mógł wydawać i publikować."
Interesujace jest porownanie z wymaganiami stawianymi adwersarzom : "merytoryczna wypowiedź winna zawierać dokładne namiary na źródło, na które się powołuje. Przypis w rodzaju "tak mówi Łysiak" to trochę za mało (...) "Mówisz "nie wiem, jak było naprawdę, czyli zakładasz, że mogło być inaczej, niż pisze Łysiak. Ale nie masz podstaw do takiego założenia." (Olaff do Zbycha, 2004-12-02, 16:24)

Wyjasnienie na temat tego co JK "mogl wydawac i publikowac w PRLu" zostalo podane dopiero kilkanascie postow dalej (od pierwszej wypowiedzi o wydawaniu), poniewaz zadano takie pytanie konkretnie. Odpowiedz byla : "Jacek w PRL-u nagrał, o ile wiem, dwie płyty, z czego obie wydał. Nakład jedej poszedł na przemiał.Po drugie, JK publikował teksty w rozmaitych czasopismach. (...)Czyli byli tacy niepoprawni, na których zapis był i tacy, na których nie było zapisu - JK należał do tej drugiej grupy przynajmniej do 13 gruydnia 1981 roku. " (Olaff do Galla, 2004-12-04, 11:20)

Nastepnie zas autor podal nam SWOJA definicje slow wydawac/publikowac : "Publikacja to jest wszystko, co na jakimś nośniku publicznie się pojawiło. (...)
Jesli chodzi o publiacje JK, to mam na myśli głównie publikację wierszy Jacka w rozmaitych periodykach (głównie młodzieżowych) -a to jest, jak to sam określasz, własnie ów inny rejestr twórczości. Dzieło wydane, to takie, które jest złożone w wydawnictwie, następnie wydrukowane, ma jakąś szatę graficzną itd. Dzieło wydane to także takie, które czeka na dystrybucję. Mówi się, że książka jest wydana i czeka na dystrybucję do księgarń. Zauważ, że np. niektóre książki wydaje się, rozsyła najpierw do recenzentów a dopiero po pierwszych recenzjach dzieło pojawia się w księgaraniach. Tak było np. z ostanią książką Olgi Tokarczuk. Zanim można było ją kupić, można już było przeczytać eseje na temat "Ostatnich Historii". Trudno powiedzieć w tym momencie (momencie publikacji pierwszych recenzji) , że Tokarczuk książki nie wydała." (2004-12-04, 16:04)
nastepnie zas :
""1. Była już mowa o Krzyku i Murach 2. Nie wiem nic, aby JK wydał jakieś tomiki oficjalnie. Kiedyś słyszałem, ze pół oficjalnie ukazały się Mury. Półoficjalnie, to znaczy w skromnej liczbie egz. ale za zgodą cenora. Czy to prawda? Nie wiem! " (Olaff do Piotruby, 2004-12-04, 18:46)
oraz : "Czy ktoś się zastanawiał nad wydaniem śpiewnika JK albo tomiku? Hmmm, nie wiem! Ale, zdaje się, że K. Gajda pisał..." (2004-12-05, 13:13)

Cytowalem juz wymagania (kierowane do adwersarzy) Olaffa na temat dokladnego cytowania zrodel i przypisow, a takze uwagi o odpowiedziach w ktorych jest zwrot "nie wiem".

Tym razem zaintrygowala mnie definicja slow "wydawac" i "publikowac" :

Slownik Jezyka Polskiego (PWN) : Wydawac : &laquo;ogłosić coś drukiem w formie publikacji; wydrukować&raquo; / Publikować : &laquo;ogłaszać drukiem, wydawać, drukować; dawniej też: podawać do ogólnej wiadomości, obwieszczać&raquo;

Wydaje mi sie ze definicja Olaffa (m.in.: "Trudno powiedzieć w tym momencie (momencie publikacji pierwszych recenzji) , że Tokarczuk książki nie wydała.") jest wiec o wiele szersza.
Czytajac w Slowniku, wnioskuje ze chodzi o czynnosc AKTYWNA ("oglosic, wydrukowac"...) a nie BIERNA, jak to tlumaczy teraz Olaff ("mam na myśli głównie publikację wierszy Jacka w rozmaitych periodykach "). Faktycznie zdarzalo sie ze czasami pisano O Kaczmarskim, takze cytujac jego wiersze.

Wazne jest tez, jak nas poucza Slownik, "podawanie do OGOLNEJ wiadomości". W slowie "publikowac" jest "publika". Ksiazka lub plyta ktora zostala WYPRODUKOWANA i czeka na DYSTRYBYCJE by zostac nastepnie PODANA DO OGOLNEJ WIADOMOSCI (lub puszczona na przemial) chyba jeszcze nie jest oPUBLIKowana...

Oczywiscie, kazdy ma prawo miec wlasna definicje/wlasne wyczucie pewnych pojec. Ale w publicznej dyskusji nalezy chyba w takim przypadku zaczac od sprecyzowania tej wlasnej/specyficznej definicji.

Przeciez stad cala ta pyskowka.
Chyba ze ta poszerzona definicja zostala ukuta juz po fakcie, by moc jakos odgiac/nadrobic te nieszczesne : "za tzw. komuny JK także wydawał płyty", "za wiele nie wydawał(...)ale wydawał i to jest fakt", "wydawał, ale mało. I to jest prawda. " etc...

Zwlaszcza gdy chodzilo o jedna kasete, ktora sie ukazala za czasow pierwszej "S"...

Byc moze sie czepiam szczegolow, ale wydaje mi sie to dosc wazne.
Zwlaszcza gdy sie przywiazuje tak wiele uwagi do kazdego slowa (adwersarzy). Np : "(...) wiem, jak bardzo ludzie szczegółów unikają. Dla większości ludzi jest wszystko jedno, tak jak dla większości dyskutantów w niniejszym wątku jest wszystko jedno, czy się napisze „JK się nie nawydawał” czy też „JK nie wydawał”. Dla większości to to samo. A przecież to nie jest to samo. Stwierdzenie, że się nie nawydawał mówi tyle, że wydał mało. Stwierdzenie, że nie wydawał, mówi że NIC nie wydał. Mało a nic to różnica, prawda? Powstaje pytanie, czemu wydawał mało? Dlatego, że był niepoprawny, czy dlatego, że dopiero zaczynał karierę? Jest problem poprawności politycznej i możliwości publikowania? Przypadek JK świadczy, że można było być niepoprawnym a jednak wydawać, publikować, funkcjonować publicznie." (Olaff do Lodbroka, o Zbychu, 2004-12-03, 17:13)

3.5 ZAMIAST KONKLUZJI

Jest pozno, jestem zmeczony (musialem dzis targac 2-metrowa jodelka do domu...). Nie chce mi sie bawic w konkluzje. Wnioski zostawiam "czytelnikom i wielbicielom".

Acha, pytanko osobiste do Adminka i Olaffa, z ciekawosci;
Czasami jest tu wspominany fakt ze obaj jestescie na Historii. Czy moglibyscie mi wyjasnic w jakim kierunku sie specjalizujecie/zamierzacie sie specjalizowac ? Lub chociazby : Starozytnosc? Sredniowiecze?....???
(Wiem ze ciekawosc jest pierwszym krokiem do piekla...)

Zbychu, wlasnie odkrylem Twoj ostatni post. Nie mialem czasu dokladnie przeczytac ale chcialbym zaznaczyc ze w pewnym punkcie sie nie zgadzam.
Cenzura nie byla tylko prewencyjna. Byly teksty ktore wydano "przez pomylke" i nastepnie oddawano na przemial, wykupywano do zamknietych bibliotek, nie wznawiano. To ze dany wiersz ukazal sie raz w oficjalnej gazecie nie gwarantowalo ze bedzie mogl sie pozniej ukazac w tomiku poezji. Lub w gazecie. "Poemat dla doroslych" Wazyka ukazal sie oficjalnie w 1956, ale potem krazyl juz tylko w recznych odpisach. OK, nie bylo zadnego dekretu ktory nakazywal tak postepowac, ale tak sie dzialo. Ja to nazywam cenzura, choc moge zrozumiec ze Ty tego cenzura nie nazywasz. A tak w ogole to mozna tez twierdzic ze cenzury wtedy nie bylo. Byla "kontrola prasy, wydawnictw etc...".
Co do zas "krótkiego okresu schyłkowego, kiedy ingerencje cenzury (ale też dokonanej przed, nie po) trzeba było zaznaczać", to tez niezupelnie sie zgadzam.
Nie "trzeba bylo". Mozna bylo.
Ustawa przewidywala zaznaczanie, ale niewielu z tego korzystalo : "Znak", "Wiez", "TP"... Oficjalna panstwowa wiekszosc nie zaznaczala, ale nie znaczy to ze ingerencji cenzury nie bylo. Nie bylo tylko widac sladow ingerencji.

Bede sie staral kupic ta ksiazke Krajewskiego.

PZDR
Dobranoc

Thomas Neverny
Wloczega
Odpowiedz
#89
Na początku dwa słowa do Thomasa.
Cenzura była prewencyjna z założenia – żeby nie zostawiać śladów jak w dobrym kryminale. Ale z tekstami wydrukowanymi przez pomyłkę lub tp. masz rację, piszę o tym niżej w tamtym poście. I piszę też (nie wiem czy w tym samym, czy w poprzednim) o kręgach wolności (choć biorąc pod uwagę, że wolność nie może być ograniczona, powinienem precyzyjniej nazwać to kręgami niewoli), otóż piszę o tym, że coś mogło się gdzieś ukazać, a gdzieś nie (to samo coś) albo w różnym okresie historycznych falowań ta sama rzecz mogła/nie mogła się ukazać (to byłby casus Ważyka, o którym wspominasz). Ja też podane przez Ciebie przykłady nazywam cenzurą – tak jak Ty.
Natomiast całkowicie masz rację, że źle napisałem „trzeba”. „Można” było, wielu nie korzystało, zgadza się.
To tak na gorąco o tym, co na gorąco zauważyłeś. Gdyby coś więcej – jestem do usług.
Pozdrawiam

Teraz do Gepparda.
Czytam Twoje teksty z uwagą, mimo że chyba ze wszystkimi się nie zgadzam. (Mam na myśli głównie to, co cytujesz.) Więc jeśli chodzi o mnie – pisz śmiało, przeczytam bez uprzedzeń.
Wszelkie nowe wieści są pouczające (czasem przez swoją mądrość, ale nie jest to warunek niezbędny), zaś moje zdanie na temat JK jest na tyle i od tak dawna utrwalone, że nawet gdybyś wykopał szkielet zamordowanego przez niego człowieka – zmienię opinię o tyle, że będę mówił o „wybitnym dorobku artystycznym zimnego mordercy Kaczmarskiego”. Ale obaj wiemy, że do tego raczej nie dojdzie.
Tylko jeden warunek – przesiewaj cytaty pod względem logiki. Bo dwa ostatnie nie spełniają najprostszych wymagań.
Fakt, że JK poparł coś głupiego, z czego szybko się wycofał, nie jest przecież żadnym dowodem na niezłomność bądź „złomność” jego postawy życiowej, jak sugerujesz. Jest to raczej podręcznikowa wręcz ilustracja tezy starożytnych, że błądzić jest rzeczą ludzką. Skoro zatem wszyscy podlegamy pod owo „errare humanum est”, dlaczego ma to szczególnie obciążać akurat jednego JK, który nawet długo w swym oczywistym błędzie nie trwał? W dawnej cywilizacji rozgrzeszało się artystów z różnych posunięć, bo „oni są tacy nieżyciowi, ale nie za to ich cenimy”. A tu nie dość, że nie – to wręcz przeciwnie? Czyżbyśmy budowali jakąś nową surową cywilizację?
A cytat z Gelberga jest pod względem logiki wręcz zabawny.
Pisze on o JK z patosem: „Zerwałem z nim przyjaźń. Widać ta blacha ma dla niego większą wartość niż stare przyjaźnie.”
Czy ja dobrze zrozumiałem? Kto zerwał przyjaźń? Więc dla kogo przyjęcie blachy miało większą wartość niż przyjaźń?
Zdaję sobie sprawę, że to nie Twoje słowa i nie możesz za nie odpowiadać. Ale wiedząc, jak oryginalnych ludzi cytujesz, musisz uważać na ich wypowiedzi, żeby potem nie świecić oczami za cudze nonsensy.
Pozdrawiam
Odpowiedz
#90
Witam

Dwa slowa komentarza odnosnie wypowiedzi Gepparda.
Cala twoja argumentacja, przytoczona na obrone slow Lysiaka, jak rowniez bedaca odpowiedzia na slowa forumowiczow jest niestety licha i nietrafiona. Otoz, broniac lysiakowskie tezy, poslugujesz sie czesto bardzo skuteczna metoda wyciagania z zyciorysu tworcy pojedynczych zdarzen, tudziez dobierania pasujacych do wlasnych tez komentarzy osob trzecich, z premedytacja pomijajac 99% pozostalych materialow, twemu wywodowi przeczacych. (Mozliwe, ze czynisz to nieswiadomie, ale wtedy swiadczy to o twojej ignorancji, gdyz nie jest zbyt madrze pisac o rzeczach, nie majac o nich bladego pojecia. Tym bardziej na forum poswieconym tworczosci tegoz tworcy, gdzie ewentualni rozmowcy na wszelkie ataki beda solennie przygotowani :] ).
Bo tak na dobra sprawe, na poparcie swoich wywodow przytoczyles jeden argument o tym jak JK poparl Ruch Swiadomej Tolerancji. Argument o przyjeciu orderu i komentarz A. Gelberga zmilcze, po pierwsze dlatego, ze bylo to juz mielone wielokrotnie, a po drugie dlatego, ze jak ci wskazal Zbych, sformulowanie to "przyprawia gebe" glownie jego glosicielowi a nie adresatowi. (Tak na marginesie nie chce mi sie wierzyc, ze w sprawie RST slowa Jacka nie zostaly przekrecone lub zle zrozumiane, a frazy typu: "Jacek postulowal" dodane)

Dodatkowo, nawet te nieliczne przyklady interpretujesz, najlagodniej mowiac, niepowaznie. Fakt przyjecia orderu oraz sprawa RST rosnie u ciebie do rangi zdrady najwazniejszych zyciowych idealow. Wobec tych "niezwykle donioslych faktow" nalezy odrzucic CALY 30-letni dorobek Jacka Kaczmarskiego, a autora opatrzyc tabliczka "klamca Rzeczpospolitej". Takie stawianie sprawy jet po prostu smieszne. To co przytaczasz to drobne epizody z zycia JK, ktore nijak nie swiadcza w sposob calosciowy o nim jako czlowieku i poecie. A tym bardziej nie swiadczy o tym wypominany przez Lysiaka fakt przyjecia chrztu. Znow nie wiem czy czynisz to z premedytacja czy nieswiadomie, jednakze wiem, ze zadna z tych postaw nie jest dobra wymowka. Nawet jesli uda ci sie znalezc jeszcze dwa czy trzy wywiady, w ktorych JK rzeczywiscie obraza Polske, niczego to nie zmieni. Wykazesz tylko, ze istnieja takie dwa czy trzy wywiady. A my ci pokazemy, ze istnieje tysiac o dokladnie odwrotnej wymowie. I bedzie to swiadczylo tylko o tym, ze raz na piecset wywiadow czlowiek moze palnac glupstwo. I o niczym wiecej. Celowo nie komentuje zarzutu Lysiaka o atakowanie kosciola, bowiem pierwszy raz slysze ze pojecie "polskosc" i kosciol katolicki sa nierozerwalnie ze soba zwiazane.

Odnosnie Lysiaka:

Mam wrazenie, ze Lysiak po prostu wykorzystuje koniunkture na tego typu ksiazki. Czasy mamy jakie mamy, wysokie bezrobocie, podejrzenia o korupcje. Efektem tego jest duze niezadowolenie spoleczne. Szukanie kozlow ofiarnych i opluwanie kogo sie tylko da, od zarania dziejow bylo szybkim i niestety pozornym remedium na takie problemy. Czlowiek w biedzie najchetniej lubi sluchac, jak to pan X, ktoremu sie powodzilo, nagle okazal sie szuja. Pan Lysiak tez dobrze o tym wie i stad te rewelacje, bez chocby cienia obiektywizmu (na Miloszu i Lemie podobno tez suchej nitki nie zostawil). Milosnicy Lysiaka niech nie traktuja tego jako pomowienie. Jest to tylko taka moja luzna dywagacja.

Na koniec chcialbym zauwazyc, ze aby cokolwiek komentowac nie narazajac sie na posmiewisko i zazenowane spojrzenia, nie wystarczy wiedziec, ze cos sie stalo (to nawiazanie do postu Janka, o kumaniu sie Michnika z komunistami, albo jeszcze lepiej rozmow JK z Michnikiem. Zreszta "wojujacego Lysiaka" tez to dotyczy). Trzeba jeszcze znac kontekst danej sprawy. Jesli jest to rozmowa, nie wystarczy wiedza o samym jej fakcie. Trzeba jeszcze wiedziec czego dotyczyla i po co byla prowadzona. Bo jesli o to nie zadbamy to dojdziemy do absurdalnych wnioskow, ze na dobra sprawe, nalezy wszystkich opozycyjnych uczestnikow obrad 1989 roku nazwac zdrajcami. Bo rozmawiali z komunistami.....

pozdrowienia Michal
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości