Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Intermezzo
#1
Intermezzo

– Dobry wieczór, panie Mahler, chciałem się śpieszyć się na spotkanie z panem, ale wyszło tak, że szedłem tu sehr langsam. Mam nadzieję, że się nie spóźniłem.
– Powiedział pan: dobry wieczór – pan Mahler z roztargnieniem podnosi głowę znad papieru nutowego i wyciąga z kieszonki kamizelki zegarek na połyskliwej dewizce; wskazówki pokazują na wszystkie godziny naraz – ta srebrzysta pora wieczności nie jest wieczorem, choć go nieco przypomina; na pewno jednak jest dobra. Przyjmijmy więc ten „dobry wieczór”, to taki uroczy zwrot. Dobry wieczór zatem. Nie, nie spóźnił się pan, tutaj – mówię „tutaj”, choć nie jest to żadne miejsce – nie da się spóźnić, ani być za wcześnie. Zawsze jest się o czasie. A raczej o nieczasie. W jakiej sprawie pan się tu zjawia?
– To dość skomplikowane: właściwie to śnię i trochę zabłądziłem. Ale widzi pan, myślę, że warto poznać ludzi należących do grupy, do której mamy dołączyć – to bardzo praktyczne. Trzeba być zapobiegawczym, myśleć przyszłościowo. Umiejętności praktyczne i trzeźwe myślenie zawsze są w cenie. Krótko mówiąc, wybrałem pana.
– Proszę być konkretnym: o jakiej grupie pan mówi i co to ma wspólnego ze mną?
– Śpieszę wyjaśnić: żywi nie są przyszłościowi, bo umrą; umarli natomiast są dla nas, którzy jeszcze umieramy, przyszłością. Stąd też, jak sądzę, nasz szacunek dla osób starszych – bo one według prawdopodobieństwa umrą pierwsze i już będą tam, dokąd młodsi dopiero idą. Stąd też szacunek dla chorych. I ma się rozumieć – dla zmarłych. Im kto bliżej śmierci, tym bardziej godny szacunku. Szacunek dla starych, chorych i zmarłych to taka, przepraszam za cyniczne wyrażenie, inwestycja w przyszłość, nawiązywanie znajomości w zaświatach. Starzy, chorzy i zmarli – to są grupy przyszłościowe; oczywiście umarli są na pierwszym miejscu, bo już osiągnęli to, do czego cała reszta dopiero dąży. Chciałem więc zawrzeć znajomość z panem, gdyż według moich informacji jest pan martwy od dłuższego czasu.
– Jednak, jak pan widzi, trzymam się całkiem nieźle. Zresztą, to wszystko bardzo ładne, co pan mówi, ale cóż tam się dzieje? – pan Mahler przeciera zapocone chmurami szkiełko okularów w drucianej oprawie i patrzy w drugą stronę wszystkiego.
– To ludzie, bawią się. Tańczą modne tańce, piją i czynią wszystko inne, dzięki czemu mogą być zadowolonymi – odpowiadam – oczywiście walc już dawno wyszedł z mody – dodaję trochę głupio.
– Wie pan – ciągnie pan Mahler takim głosem, który można by uznać za melancholijny gdyby należał do żywego człowieka (żywego w naszym, umierających, pojęciu) – wie pan, Schubert – zna pan Schuberta? – gdy jeszcze przebywał tam, w Austrii, mówił, że nie sądzi, aby jego muzyka mogła przetrwać jego śmierć. Z początku pomyślałem, że źle to świadczy o jemu współczesnych, że go – biedny Franz! – nie docenili. Ale później doszedłem do wniosku, że tak czynią ludzie w każdym miejscu i w każdym czasie, kiedy jeszcze przebywają w czasie i przestrzeni. Więc to wszystko po prostu źle świadczy o żywych. Poza tym dramat pana i panu podobnych polega na braku świadomości, że należycie do grupy, jak pan to powiedział, nieprzyszłościowej, a ponadto wydaje wam się, że w ogóle jesteście grupą jedyną i władającą niepodzielnie i że nic poza wami nie ma. A przecież tych, którzy już dożyli swych lat, jest o wiele, wiele więcej od tych, którzy jeszcze są na ziemi. Dodatkowo, na każdego ze wszystkich ludzi – tych zmarłych i tych żywych – przypada jeszcze anioł stróż, a oprócz niego cały tłum istot anielskich i demonicznych. W ogólnym rozrachunku ci śmieszni tańcujący i pijący ludzie, a także ci śmieszni poważni ludzie otoczeni stertami ksiąg, mieniący się wszystkim – są okruchem tego wszystkiego, co jest. Choć, jak się zdaje – okruchem najważniejszym, bo to o ten właśnie okruch toczy się wojna wszechświatów.
Ten belferski wykład wprawia mnie w konsternację; pojawia się mimowolne ukłucie wstydu, że i mi przydarzyło się to, co niemożliwe. Że przydarzyło mi się życie.
Milczę.
– A teraz pozwoli pan – podejmuje pan Mahler poirytowanym tonem – że wrócę do pracy: chciałbym wreszcie skończyć tę Dziesiątą Symfonię.
Dopiero teraz dostrzegam na partyturze słowa: O Gott! O Gott! warum hast du mich verlassen? To przez zdradę żony. Żony, która pogardzała muzyką swojego męża, a która jest w Szóstej Symfonii wstępującym tematem F-dur, gwałtownym i władczym, przynoszącym na krótką chwilę zdrowie i optymizm. Mój Boże, optymizm. Nieszczęsny pan Mahler.
– Co te słowa znaczą? To znaczy: czy mają jakieś znaczenie dla kogoś, kto nie żyje? – wskazuję na rozpaczliwy cytat, który stał się własnymi słowami pana Mahlera.
– Jak to: nie żyje? Dlaczego pan się uwziął na to przeciwstawianie śmierci życiu? To są pojęcia bardzo względne. A raczej bardzo bezwzględne, bo to ja jestem bezwzględnie, bezapelacyjnie żywy; niestety w tej rozmowie tak już pomieszaliśmy te słowa, że chyba nie uda nam się wprowadzić ładu. Trudno. Pytał więc pan o te słowa, o słowa opuszczenia. A czy Chrystus cofnął te słowa, już raz wypowiedziane? Oczywiście, teraz już nie jestem opuszczony, ale coś, co raz było prawdą, nie może stać się nieprawdą. Może być częścią większej prawdy, częścią całości. Nie będę tych słów wymazywał, skoro były choć przez chwilę prawdziwe. Pewnie pan pomyślał, jaki ze mnie nieszczęśnik. Nawet, gdyby był pan w stanie zrozumieć, czym jest nieszczęście, byłaby to tylko część prawdy. Całość prawdy jest taka, że jestem szczęśliwy.
Tego już za wiele. Nie będę nawet zniżał się do takiego pytania, co to w ogóle znaczy być szczęśliwym, bo żadnej odpowiedzi na pewno nie dostanę. Postanawiam więc podważyć zasadność tej odpowiedzi, której i tak dla mnie nie ma i mówię:
– Jeszcze jedno pytanie, jeśli można.
– Tak, proszę.
– Przepraszam pana, ale czy to niebo nie wydaje się panu nieco infantylne? Pana surdut, papier nutowy i ta pogawędka, uprzejmości i wszystko inne? To, zdaje się, bardzo zubożały stan zbawienia.
– „To niebo”? – powtarza po mnie pan Mahler, powtarza z głuchym niedowierzaniem – ma pan na myśli to miejsce (które nie jest miejscem), w którym jesteśmy, czy tę porę (która nie jest porą), a którą nazwaliśmy wieczorem? Proszę pana, proszę nie robić sobie niestosownych żartów: przecież to nie jest niebo. Przepraszam, ale pan nigdy nie pisał symfonii ani, zdaje się, nawet żadnej pieśni – pan nieba nie jest w stanie zrozumieć.


<!-- l --><a class="postlink-local" href="http://www.kaczmarski.art.pl/forum/viewtopic.php?f=42&t=7269">viewtopic.php?f=42&t=7269</a><!-- l -->
Miłość - księga stara. Kto nie czytał, polecam.
Odpowiedz
#2
Świetne! :poklon:
Odpowiedz
#3
Zręczne w treści i formie - bardzo mi się podoba.
Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Intermezzo (wersja alternatywna) bryce 2 740 09-25-2009, 11:06 PM
Ostatni post: gosiafar

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości