Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Petroniusz bredzi
#1
Ostatnio znowu poruszono na forum temat choroby Jacka, a to za sprawą doktora samozwańca. Mówi się o woli leczenia, również woli życia, którą Jacek przejawiał. A jak się ma ta wola do utworu "Petroniusz bredzi"?

Czy pisząc:
Cytat:Wolę sam sobie wręczyć ten jedyny prezent.

Tyle krwi.

Tyle żółci.

Za dużo.

Już bredzę.
choć przez chwilę nie zastanawiał się nad autoeutanazją?
Wiersz został poświęcony pamięci prof. Alfreda Rachalskiego i jest liryczną interpretacją jego testamentu, a w zasadzie komentarza do testamentu (który poniżej), ale czy tylko? Czy nie jest też kamuflażem dla własnych przemyśleń? Czy Jacek mógł chcieć zachować radość życia bez żadnych ustępstw na rzecz raka (czytaj: utrata głosu)? Ostrożnie stawiam tezę, że niejednokrotnie o tym myślał, wszak nie był ogarnięty katolicką moralnością.
Cytat:Powiadają ludzie: życie jest "najwyższym dobrem", zaś jego przeciwieństwem jest śmierć. Skoro tak, to śmierć jest "najwyższym złem".
Istotnie, ludzi na ogół ogarnia panika i rozpacz, gdy zaczynają sobie uświadamiać, że kiedyś umrą, a więc przestaną istnieć. Wtedy usiłują otaczać się kadzidlaną chmurą mitów. Za pomocą jej woni utwierdzają samych siebie w wierze, iż będą żyć wiecznie. Brak im tylko wyobraźni, jednoznacznej wiedzy jak, gdzie, dzięki czemu i za czyją sprawą to nastąpi. Dzięki tego rodzaju rozmyślaniom ulega unicestwieniu niepokojący, nienawistny pogląd o nieuchronności nieistnienia. Zastępują go bardziej sympatyczne spekulacje na temat jakim będzie to życie po życiu. Czy po doczesnym życiu będą dalej żyć w niebie lub w piekle, czy może w otchłani. Albo może nawet powrócą tu na ziemię w tym samym opakowaniu co poprzednio ("ciała zmartwychwstanie") albo będą powracać w zmieniających się opakowaniach (reinkarnacja, metempsychoza).

Są tacy, którzy głoszą, że rezygnacja z bożego daru życia obraża darczyńcę. Inni natomiast uważają, że wolno z nim postępować tak, jak z każdą inną nabytą własnością. Gdy dar straci wartość, wolno nam się go pozbyć. Toć wartość może nie tylko maleć, ale wręcz zmieniać znak z dodatniego na ujemny, podobnie jak jest w matematyce, fizyce, ekonomii. A jednak "dar życia", niczym zasuszony kwiatek, pozostaje w dalszym ciągu czymś cennym, tyle tylko, że umitycznionym. Itd. itd. Tak to w dzień świąteczny ludzie snują rozważania na tematy ontologiczne o życiu i śmierci. Na dzień powszedni wystarcza im przeświadczenie, że w ich konkretnym przypadku wszystko na razie przebiega pomyślnie, to znaczy - po ich myśli. Że śmierć się ich nie ima, zwłaszcza ta nagła i niespodziewana. To, zgodnie z nauczaniem Kościoła, wielkie, totalne nieszczęście, od którego "wybaw nas Panie". W końcu najlepiej zmienić temat rozważań na inny, mniej niemiły, lub po prostu przestać myśleć.

A przecież ludzie podziwiają wyczyny śmiałków wdrapujących się na szczyty gór, pędzących z szybkością pocisku, atakujących inne żywe istoty i w ogóle na wszelkie sposoby ciągnących, jak to się mówi, diabła za ogon. Odnosi się to zwłaszcza do ludzi młodych, tj. tych, którzy mają jeszcze przed sobą duży kawał życia do stracenia. Co więcej, uważa się za nieudanych lub tchórzy ludzi, którzy chcą unikać sytuacji niebezpiecznych. Skąd bierze się ta różnorodność postaw wśród ludzi obdarzonych ponoć rozumem? Czy jest to wynik ludzkiej bezmyślności? A może lęki towarzyszące narażaniu życia (także cudzego) mają swe uzasadnienie, a czasem nawet urok, smak, jak przyprawy i sosy?

Jako dziecko byłem nieśmiertelniczkiem, nieświadomym swej przemijalności. Potem bywałem albo optymistycznym amatorem ryzyka, wierzącym zrazu w anioła stróża, potem w szczęśliwą gwiazdę, albo najczęściej po prostu osobnikiem, którym w chwili podejmowania ryzykownej decyzji kierowały emocje.

Później, w miarę jak wzrastała we mnie niechęć do ulegania mitom, rosła też świadomość o zbliżaniu się do stanu pełnej niesprawności fizycznej lub psychicznej, do coraz większego uzależnienia od innych ludzi, nieodwracalnie i jednostronnie. W następstwie tego faktu życie moje przestało być dla mnie owym "najwyższym dobrem". Świadome samouśmiercenie - autoeutanazję - zacząłem oceniać jako coś niekiedy pożądanego, dodatniego. Wiem też, że jest ona podobnie oceniana także przez członków mej wspólnoty światopoglądowej - zwolenników eutanazji.
Boleję nad tym, że, mimo iż jestem istotą uspołecznioną, muszę umierać w samotności, a nie w gronie bliskich mi światopoglądowo ludzi. Jaka szkoda, że nie odbędzie się na przykład pożegnalna stypa w gronie moich proeutanastycznych przyjaciół, dokonana ante meam mortem i przy moim udziale.

Żal mi, że sprawię przykrość tym pośród życzliwych mi ludzi, którzy są przeciwni eutanazji. Chętnie zaapelowałbym do nich: Drodzy moi, uwolnijcie się od swego niewygodnego uczucia zakłopotania i uwzględnijcie moją sytuację.

Podkreślam, że nie ciążą na mnie żadne zaciągnięte przeze mnie świadomie zobowiązania wobec osób trzecich. Swoje tzw. dobra materialne (a więc i swego trupa) rozdysponowałem w mym testamencie.

Oświadczam, że o ile wykonawcy mej woli zawartej w rzeczonym testamencie spowodują kremację mego trupa lub niewykorzystanej reszty jego części oraz zrezygnują z ceremonii pogrzebowych, dla jednych kosztownych, dla innych niezwykle dochodowych, to postąpią zgodnie z moją wolą. Stanie się tak jednak tylko dlatego, że inny rodzaj mego życzenia w tej materii nie ma szansy na realizację z powodu dominujących obecnie zwyczajów. Oświadczam, że nie odczuwam żadnej troski ani żadnego szacunku dla mego trupa. Za najbardziej racjonalne rozwiązanie uważałbym przekazanie go tam, gdzie trafiają z pożytkiem np. trupy mych zwierzęcych bliźnich, a więc np. do zakładu utylizacyjnego BAKUTIL (podobnie jak na złomowisko wrak mego samochodu, jak do wtórnego przerobu w papierni moja makulatura). Wszelki rodzaj kultu trupów, wiara w ich sprawczą moc, nawet symboliczną, są mi z gruntu obce. Wszystko jedno, czy praktykowane na przykład przez ludzi tzw. pierwotnych, czy wśród otaczających mnie ludzi, wychowanych w kultach chrześcijańskich, mozaistycznych, mahometańskich lub innych.

Jest jeszcze pewien aspekt swoistego bądź co bądź wyboru momentu mego zgonu. Warunki mego życia, hic et nunc, powodują, że nie mogę liczyć na niczyją przyjazną dłoń ani tym bardziej domagać się czegoś od kogokolwiek. Zwłaszcza od przyjaciół. W rezultacie zdaję sobie sprawę, że nie powinienem pić do końca ze swego kielicha słodyczy, jaką coûte que coûte ma dla mnie, jak i wszystkich ludzi i wszystkich innych zwierząt, życie w sensie instynktu życia. A w mym przypadku także ciekawość świata. W przeciwieństwie do w pełni niesprawnego ludzkiego noworodka, wolnego od świadomości i z pustym jeszcze magazynem pamięci kulturowej, mogę stać się "starorodkiem", różniącym się jednak tym od noworodka, że wyposażonym niekiedy w świadomość swego stanu.

Nie opuszcza mnie obrzydzenie na myśl, że mogę tygodniami dokańczać żywota z zachowaną świadomością, lecz bezradny fizycznie, w czymś w rodzaju inkubatora dla "starorodka". Inkubatora nazywanego eufemistycznie miejscem intensywnej terapii lub hospicjum. Inkubator dla "starorodka" różni się zasadniczo od inkubatora dla noworodka. Ten pierwszy nie daje nadziei na wyzdrowienie. Może natomiast być (jak w mym przypadku) niechcianym sposobem na przedłużanie bolesnego psychicznie i fizycznie procesu umierania, świadomej degrengolady.

Gdańsk, 1998 Alfred Rachalski
Słowo „ostatni” ma sens dopiero w przemówieniu nad grobem, a za życia mówi się „następny”.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości