Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
AMBASADOROWIE !!!!!!
#1
hej,
odwiedziłam wiele stron i do wielu ksiazek zajrzałam, czy naprawde napisano o tym obrazie i wierszu tak mało?? zadziwiajace z jego przebogata symbolika, powinien to byc niezly kasek dla interpretatorów. Chce o tym pisac prace, ale mam mało konkretnych info. Oprócz sciagnietych z National Gallery i długiego szczegółowego opisu elementów zamieszczonego na stronie uniwerku nie pamietam miasta... Czy ktos wie cos na temat ksiazek o obrazie w tł polskim?? PLEASE HELP! Albo chociaż czy we Wrocku mozna je dostac po ang. Chodzi mi o ksiażki Johna Northa i Susan Foister. z góry bardzo dzieki!!!
Odpowiedz
#2
Przeczytaj sobie to:

<!-- m --><a class="postlink" href="http://www.przekroj.pl/archiwum/41_03/text6.html">http://www.przekroj.pl/archiwum/41_03/text6.html</a><!-- m -->

Pozdrawiam
ts
"Ale po co męczyć gamę
Gdy się gra akompaniament..."
Odpowiedz
#3
Ja też przeczytałem przy okazji. Interesujące. Z wyjątkiem interpretacji „Ambasadorów” JK. Nigdy nie podejrzewałem, że jest to piosenka o karierowiczach, na dodatek gniewnie wyśpiewana. Jest to piosenka o ludziach władzy bez wątpienia. Ale żeby to była zapowiedź marnego końca służalców? Alegoria ubeka i aparatczyka? Chyba ktoś się uparł, że zawsze będzie oceniał wymowę poezji JK przez pryzmat „Murów”. Może JK nawet miał głównie takie znaczenia na myśli pisząc tekst (choć i tego nie jestem pewien), ale kiedy śpiewa – to z całą pewnością śpiewa o czymś zupełnie innym. Nie o nieuchronnym i sprawiedliwym końcu aparatczyków. To „Starość Owidiusza” też można potraktować jako opowieść alegoryczną o zsyłce na Sybir. A „Przepowiednię Jana Chrzciciela” jako proroczą wizję kongresu zalozycielskiego SLD czy co tam według dat wypada najbliżej.
Odpowiedz
#4
Zawsze słuchając Ambasadorów, i również czytając sam tekst, odnosiłam wrażenia, że tytułowi Ambasadorowie to ludzie nieszczęśliwi, uwikłani w machinę polityki, muszący godzić się z rzeczami i tworzyć "konstrukcje polityczne", których sami nie akceptują. Podobne wrażenie odniosłam widząc po raz pierwszy obraz (tzn. reprodukcję oczywiścieSmile ). Melancholia, smutek, nieszczęście i cały czas wisząca nad nimi groźba...
* Po przeczytaniu artykułu - chyba przyjrzę się "Ambasadorom" jeszcze raz...
I niestety Myszeidzie pomóc nijak nie potrafię
Odpowiedz
#5
Też myślę, że autor artykułu mocno przesadził, z upolitycznianiem utworu, Jacek nie musiał przekładać sobie przekazu obrazu na to co się wówczas działo w Polsce by wyrazić jego sens w swój sposób ..i nie wierzę tu w bezpośrednią alegorię do ubeka itd.
No ale w potrzebie tak właśnie przekładano sobie utwory JK a przez ogromną skalę tego zjawiska ludzie nie interesujący się bezpośrednio jego twórczością kojarzyli jego utwory jednoznacznie - politycznie.. i tak pewnie było w przypadku autora artykułu..

Wracając do Ambasadorów. Ja jednak odbieram ten utwór jako krytykę pewnej próżności, ślepej pewności siebie i to jak los takie postawy werifikuje. I myślę, że jednak taki właśnie był przekaz obrazu według JK. Choć oczywiście to moje osobiste odczucie - tak ja interpretuję utwór (nie obraz) "Ambasadorowie" JK.. Smile
wpierw:

Cytat:Jeszcze w zasięgu dłoni zegar - jeszcze wcześnie,
Pewności siebie ruch wskazówki nie odbiera
....
Patrzą przed siebie śmiało, pewni swoich racji,

Później już ironiczne..

Cytat:Byli - i nie ma ich, ach - cóż za wielka strata!
Jak nazywali się? Któż dzisiaj tego świadom?

.. drugiej płęty nie ma...
Patrząc na efekty pracy Northa faktycznie można przetrzeć oczy i stwierdzić, że podobna interpretacja jest dosyć płytka i wynika z czystej nie wiedzy. Z drugiej strony trudno winić kogokolwiek za podobne rozumienie, jeśli przez 500 lat tęgie głowy nie mogły rozwiązać tej zagadki.. no i jak napisał North -"(obrazy)...oszukują nas także dlatego, że nie jesteśmy zestrojeni z myśleniem epoki, w której powstały"
I pamiętaj - bo dana Ci pamięć:
Nie kłam sobie - a nikt ci nie skłamie.
Odpowiedz
#6
do mariuszn3 - Być może tak interpretował obraz J.K. Nie wnikam, bo co poeta miał na myśli, wie tylko on sam. Reszta to spekulacje interpretatorówSmile
Odnośnie "Ambasadorów": pierwotnie też odbierałam utwór podobnie jak Pan, i być może jak sobie tego życzył Jacek. Ale byłam zaciekawiona postaciami ambasadorów i zaczęłam troszkę "grzebać". To co się dowiedziałam o tych osobach i ich życiu (przyznam, że niewiele) troszkę zmieniło moje odczucia związane z utworem, a w zasadzie jego bohaterami. Może też jednak, przy tzw. okazji, odeszłam od interpretacji tylko i wyłącznie tekstu. Pozdrawiam świątecznie Smile
Odpowiedz
#7
a dla jeszcze wiekszej zagadki dodam że utwór ten JK dedykował swemu ojcu
ale życzę Ci myszeido powodzenia w pisaniu pracy !!!
Nobody expects the Spanish Inquisition!
Odpowiedz
#8
misiek_skocz napisał(a):a dla jeszcze wiekszej zagadki dodam że utwór ten JK dedykował swemu ojcu
Zagadki tu wielkiej nie ma.. Rodzice JK są artystami, ojciec - artystą malarzem.. i w zasadzie dzięki nim, Kaczmarski od dziecka miał bardzo dobry kontakt z tą (i nie tylko) dziedziną sztuki..
Cytat:..Przede wszystkim chodziłem z rodzicami na wystawy, oglądałem albumy, a oni opowiadali mi mnóstwo ciekawostek o obrazach i ich autorach.
Największe wrażenie, i to bardzo dawno temu, zrobiła na mnie opowieść ojca o obrazie Holbein'a "Ambasadorowie", z czaszką, namalowaną w taki sposób, że widać ją tylko pod pewnym kątem. Potem po latach napisałem piosenkę "Abasadorowie"
to z pożegnania Barda..
I pamiętaj - bo dana Ci pamięć:
Nie kłam sobie - a nikt ci nie skłamie.
Odpowiedz
#9
Alegoria "ubeka i partyjnego aparatczyka" to rzeczywiście "drobna" przesada. Ale tak to już jest, że niektórym J.K. tylko z komuną się kojarzy. J.K. napisze czuły liryk o rozstaniu, a ci od razu, że to pewnie chodziło o delegalizację "Solidarności"...

Natomiast "Ambasadorów" (tych J.K. a nie Holbeina) widziałbym w dziale (imagnowanym) pt. "Oto przemija chwała tego świata..."

S.
Odpowiedz
#10
Zdecydowanie również popierałbym takie przyporządkowanie utworu. Dodatkowo można spojrzeć, zwłaszcza na ostatnią zwrotkę, jako na ukazanie przemijalności "wielkości" i "potęgi".

Warto tutaj przytoczyć pewien opis zaczęrpnięty z Silmarillionu, który moim zdaniem bardzo pasuję do "Ambasadorów":
"Historia ta zaczyna się pięknie na wysokościach, a potem prowadzi w ciemności i między ruiny, z dawna przeznaczone Skażonej Ardzie", Skażonemu Światu.


Korzystając z okazji witam wszystkich serdecznie, jest to mój pierwszy post na nowym forum Smile
Odpowiedz
#11
Ja zawsze odbierałem "Ambasdorów" jako opis pychy i przeceniania własnego znaczenia.
Tytułowi ambasadorowie mieli "na twarzach wielkość osiągniętą już za życia", byli pewni swego znaczenia:
"patrzą przed siebie śmiało pewni swoich racji,
bo dyplomacja włada wszystkim tym co żyje
a oni kwiat XVI-wiecznej dyplomacji"
A tymczasem
"Byli i nie ma ich, ach cóż za wielka strata
Jak nazywali się, któż dzisiaj tego świadom"
Do bycia wielkim i przetrwać w pamięci potomnych nie wystarcza przekonanie o własnej wielkości. Stąd mogę się w pewnym stopniu zgodzić z analogią do "aparatczyków"

Pozdrawiam
Zeratul
[size=85][i]Znaczyło słowo - słowo, sprawa zaś gardłowa
Kończyła się na gardle - które ma się jedno;
Wtedy się wie jak życie w pełni posmakować,
A ci, w których krew krąży - przed śmiercią nie bledną.[/i][/size]
Odpowiedz
#12
Takie małe wtrącenie do tematu. Czy zauważyliście że w reprodukcjach, które można spotkać, w lewym górnym rogu, zza kotary nie wystaje krucyfiks?? Miałem okazję zobaczyć go dopiero po pobycie w National Gallery.
Odpowiedz
#13
Widocznie jak czaszkę można ujrzeć go tylko pod pewnym kątem.
"Wszyscyśmy z płócien
Rembrandta:
To tylko kwestia
Światła ; "
Odpowiedz
#14
Właśnie nie, był z premedytacją obcinany w reprodukcjach!
Odpowiedz
#15
Fabian napisał(a):Takie małe wtrącenie do tematu. Czy zauważyliście że w reprodukcjach, które można spotkać, w lewym górnym rogu, zza kotary nie wystaje krucyfiks?? Miałem okazję zobaczyć go dopiero po pobycie w National Gallery.
Tu widać: <!-- m --><a class="postlink" href="http://www.artprints-on-demand.co.uk/noframes/holbein/ambassadors.htm">http://www.artprints-on-demand.co.uk/no ... sadors.htm</a><!-- m -->
ale rzeczywiście na większości reprodukcji jest ten fragment obcięty. Ciekawe dlaczego?
Jestem egzemplarz człowieka
- diabli, czyśćcowy i boski.
Odpowiedz
#16
Wie ktoś może, gdzie mozna poczytać szerzej o głównych postaciach obrazu, bo na Wikipedii jest tylko krótka wzmianka.
"Oj nie można rzeczy wielu, kiedy celem jest brak celu."
Odpowiedz
#17
W książce pt. "Jak czytać malarstwo" przy obrazie ambasadorów pisze tylko tyle :

"... Obraz ten został wykonany na zlecenie Jeana de Dinteville (ok. 1503- 1555), który stoi po lewej stronie. De Dinteville pełnił funkcje ambasadora francuskiego w Anglii za panowania króla Franciszka I, strzegąc interesów swojego kraju. Drugi mężczyzna [...] to również francuz- biskup Georges de Selve (ok. 1508 - 1541) przebywający w Anglii z tajną misją wiosną 1533r. gdy Anglicy byli o krok od schizmy z kościołem katolickim... "
pomogłem ? Big Grin
I czci Wallenrodyczny styl z dwuznaczną miną na dwóch twarzach
Odpowiedz
#18
Był taki artykuł w Przekroju na ten temat. Niestety podane do niego linki na forum już nie działają. Ktoś to na pewno jednak ma i chętnie się podzieli. Pozdrawiam
Być wciąż spragnionym - to nektar istnienia.
Odpowiedz
#19
Służę.
Dzięki uprzejmości Przemka (docenta), który go kiedyś umieścił na Liście.
Cytat:Jean de Dinteville ma 29 lat, a sprawia wrażenie, jakby całe życie miał już za sobą. Jest lato 1533 roku. Pisze list do brata Francois: "Jestem najbardziej melancholijnym, znużonym i nudnym ambasadorem, jakiego kiedykolwiek widziano". Jego podły nastrój pogłębia to, że przyjaciel Georges de Selve, który go odwiedził w Londynie, właśnie wyjechał. Jean de Dinteville jest ambasadorem króla Francji Franciszka I na dworze Henryka VIII. Należy do najprzedniejszej rodziny dyplomatycznej. Brat, do którego pisze swój ponury list, jest ambasadorem Francji na dworze papieskim. Obaj Dinteville'owie muszą dla swego władcy rozegrać arcytrudną partię dyplomatycznych szachów. Francja Franciszka I otoczona jest przez imperium habsburskie rządzone przez potężnego cesarza Karola V. W całej Europie szerzy się reformacja - ogarnia północne Niemcy, wolną Szwajcarię, północną część Niderlandów. Ma także wielu zwolenników w samej Francji. Na północy jest coraz silniejsza Anglia, do niedawna zajadły wróg. Sześć lat przed powstaniem obrazu armia cesarza łupi Rzym. Papież staje się bezwolną marionetką w rękach Habsburgów. Jedyna szansa dla Francji to zawrzeć sojusz z Anglią Henryka VIII. Ale żona Henryka - Katarzyna Aragońska - to ciotka cesarza. Narzędzie habsburskiej dominacji. Tylko że to narzędzie ma zasadniczy problem - nie może urodzić królowi Anglii następcy tronu. Henryk pragnie się jej pozbyć, tylko jak? Pilnuje jej imperium Habsburgów.
U papieża w Rzymie jest Francois de Dinteville, u Henryka w Londynie - Jean. Muszą swą partię rozegrać po myśli króla Francji. Francois ma załatwić Henrykowi zgodę na rozwód. Jean zadbać, by następny ślub - z wychowaną we Francji angielską damą Anną Boleyn - przebiegł w aurze przyjaźni angielsko-francuskiej. Ale papież na rozwód zgodzić się nie może, choć pewnie by chciał. Ma nad sobą cesarski topór. Więc odmawia.
Henryk, by poślubić Annę Boleyn, musi zatem zerwać z Rzymem. Przyłączyć się do protestanckiej schizmy. Misterny plan Franciszka I wystawiony jest na próbę. Arcykatolicki król Francji albo ugnie się i zaakceptuje cudzołóstwo swego wymarzonego sojusznika, albo wszystko weźmie w łeb. Pełen zwątpienia list do brata w Rzymie Jean de Dinteville pisze dokładnie trzy dni po hucznej koronacji ciężarnej Anny Boleyn na królową Anglii. Wśród
fanfar, orszaków weselnych i bijących dzwonów zalegalizowano cudzołóstwo. Nic dziwnego, że Jeana de Dinteville'a ogarnia przerażenie. Z wyrzutem pisze w liście, że musi wydać fortunę na tę koronację. Parę miesięcy później będzie musiał jako reprezentant króla Francji trzymać do chrztu małą Elżbietę, córkę Henryka VIII i Anny Boleyn. Elżbietę, która miała być chłopcem, następcą tronu! Elżbietę, która zostanie kiedyś Elżbietą I, wielką
angielską monarchinią. Na razie w świetle prawa obowiązującego w całym chrześcijańskim świecie jest bękartem. Pogrążony w melancholii Dinteville źle znosi tryumf bezprawia.

Ponure życie Dinteville'a w Londynie rozjaśnił jeden moment - przyjazd wiosną 1533 roku przyjaciela Georges'a de Selve'a, młodszego o kilka lat biskupa i dyplomaty. Tę wizytę Dinteville postanowił uwiecznić na obrazie, który zamawia u Hansa Holbeina, niemieckiego malarza portrecisty, który robi coraz większą karierę w Londynie. W tamtych czasach nie malowano w północnej Europie portretów przyjaciół. Pomysł jest więc bezprecedensowy. Ani Dinteville, ani de Selve nie stanowią środka kompozycji - też rzadki pomysł. Centralne miejsce zajmuje przedziwna, dwupiętrowa martwa natura. Na górnej półce, na ormiańskim kobiercu, leżą przyrządy do obserwacji nieba, globus sklepienia niebieskiego, zegary
słoneczne i urządzenia służące do określania położenia słońca względem ziemi.
Na dolnej półce - przedmioty "ziemskie". Globus, lutnia, podręcznik rachunków, niemiecki śpiewnik z protestanckimi hymnami, cyrkiel, kątownik i pojemnik z fletami. Na globusie widoczne Polisy - rodowe gniazdo DintevilleŐów na pograniczu Burgundii i Szampanii. Widział ktoś taki globus? Lutnia ma pękniętą strunę. To symbol braku harmonii. Flety - ich dźwięk symbolizuje wojnę.
Teraz trzeba spojrzeć niżej, pod nogi dostojników. Stoją na niezwykłej posadzce. To wzór z kaplicy Edwarda Wyznawcy w Opactwie Westminsterskim. Jedyna taka posadzka w Anglii, wykonana przez włoskich rzemieślników w XIII wieku. Jest wykładnią średniowiecznej, opartej na Arystotelesie wizji świata. Tylko że w Westminsterze nie ma sześcioramiennej gwiazdy. U Holbeina heksagram zajmuje centrum kompozycji posadzki. Widać jedynie jego skrawki. Całość zasłonięta jest przez to coś. Szaro-biały kształt, plamę nachyloną pod kątem 27 stopni. To czaszka. Ukazana w anamorficzny sposób - by ją zobaczyć, trzeba odpowiednio ustawić się względem obrazu. To był modny wówczas chwyt, demonstrujący umiejętność posługiwania się perspektywą i sugerujący widzom, że na obrazie nie wszystko jest tym, na co wygląda. Że trzeba poszukać znaczenia.
I jest jeszcze coś. Najrzadziej zauważane. W wielu albumach reprodukcje w ogóle pomijają ten szczegół - krucyfiks wystający zza kurtyny w lewym górnym rogu. Co zrobić z takim nadmiarem szczegółów? Wiele interpretacji szło w kierunku takim, jaki wybrał Kaczmarski. Że "Ambasadorowie" to zderzenie ludzkiej, ziemskiej władzy, wiedzy i pychy z ludzką marnością. "Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz" - zdaje się mówić czaszka i pęknięta struna. Dopiero John North zwrócił uwagę na to, że - by przekazać tę prawdę - Holbein nie musiał budować kompozycji z numerologicznych podziałów. Nie musiał wykonać owej morderczej pracy, jaką było wymalowanie nut, wskazówek zegarów, położeń globusów, kątów nachylenia.

Autor "Ambasadorów" urodził się w 1497 lub 1498 roku w cesarskiej stolicy - Augsburgu. Ojciec Hans Holbein starszy był cenionym malarzem. Holbein młodszy uczy się malarstwa w Bazylei, gdzie spotyka ojca XVI-wiecznego humanizmu Erazma z Rotterdamu. Ich znajomość wcale nie musi świadczyć o tym, że Holbein, wzorem artystów włoskich, należał do elity intelektualnej ówczesnej Europy. Nie zdobył gruntownego wykształcenia. Zachowały się zapisy o pijackich burdach i walkach na noże, w jakie zdarzało się mu wdawać. Ale
jego kunszt malarski szybko przysparza mu zwolenników. Jako dwudziestolatek zostaje mistrzem malarskim i obywatelem Bazylei. Z rady miasta nadchodzą zamówienia na freski. Holbein żeni się z wdową Elsbeth Schmid. Ale narastająca gorączka reformacji, skierowana także przeciw sztuce religijnej, utrudnia życie malarzowi. W końcu opuszcza Bazyleę i rodzinę. "Hans Holbein z Augsburga jest wytrawnym mistrzem malarstwa, który pragnie w
Anglii poszukać dodatkowego dochodu" - to fragment listu polecającego, który Erazm napisał dla zaprzyjaźnionego malarza. Erazm, najbardziej ceniony filozof epoki, pisał te słowa do Thomasa More'a, kanclerza Henryka VIII, autora "Utopii", wielkiego humanisty.
Anglia to wówczas jeszcze artystyczna pustynia. Tu nadal trwa średniowiecze. Holbein nie mógł lepiej trafić. Henryk VIII, arystokraci, bogaci kupcy - wszyscy żądni są nowych trendów z kontynentu. Mocny poparciem Erazma Holbein szybko znajduje klientów. Uczy się sprawnego lawirowania między różnymi grupami. Najpierw jest człowiekiem More'a. Ale More wypada z łask, bo nie zgadza się na ustanowienie Henryka głową angielskiego Kościoła. Za ten sprzeciw traci własną. W tym czasie Holbein jest już blisko dworu królowej
Anny Boleyn. Niemieccy kupcy i rzemieślnicy stanowiący elitę finansową Londynu snobują
się na portrety Holbeina. Artyście powodzi się coraz lepiej. Przyjaźni się z Nicolausem Kratzerem, Niemcem, nadwornym astronomem Henryka VIII. To właśnie Kratzer jest odpowiedzialny za intelektualny ładunek upchnięty na deskach "Ambasadorów". Holbein jest tylko genialnym portrecistą, choć na pewno i jego wykształcenie znacznie się w Londynie poprawiło. Gdy Anna Boleyn trafia na szafot w 1536 roku oskarżona o kazirodztwo, cudzołóstwo i zdradę stanu, Holbein jest już nadwornym malarzem króla. Utrwali na wieki wizerunek tego wielkiego władcy-potwora. Henryk VIII, wieloryb o maleńkich oczach, rozkraczony w modnym, horyzontalnym stroju, to pierwszy król Anglii uwieczniony na nowożytnym, psychologicznym portrecie.

Dwa lata po ścięciu Anny Boleyn umiera w połogu Jane Seymour, kolejna królowa. Holbein staje się posłańcem królewskim. Podróżuje po Europie w poszukiwaniu nowej narzeczonej dla króla. Ma portretować wybrane kandydatki. "Ogromnie mi przykro, że nie posiadam dwóch głów. Gdybym miała, z chęcią oddałabym jedną Jego Królewskiej Mości" - odpisuje Henrykowi 19-letnia wdowa, księżna Mediolanu Krystyna Duńska. To najwspanialszy portret kobiecy Holbeina. Żałobna suknia, minimum środków malarskich i złośliwy uśmiech modelki. Jakby właśnie wypowiedziała swoją słynną kwestię. Henryk nie może przeboleć kosza. Tylko raz Holbein zawiódł swego pana. Księżniczkę Annę de Cleves musiał malować pod nadzorem dworzan. Skupił się na sukni. Twarz jest niemal płaska, szkicowa. Nie namalował straszliwych blizn po ospie. Niekształtnej sylwetki też nie. To, co Holbeinowi wyszło spod pędzla, Henryk zaakceptował. To, co spot- kał w przeddzień ślubu, w Nowy Rok 1540 roku, nazwał "tłustą flandryjską kobyłą". Dzień po weselu ogłosił dworowi, że nie był w stanie skonsumować związku, tak odrażająca wydaje się mu małżonka. Holbein już nigdy nie otrzymał zamówienia od Henryka. Zmarł trzy lata później na dżumę, zadłużony. Dziwne, że jego długów nie spłaciła "flandryjska kobyła". Henryk rozwiódł się z nią natychmiast, a w zamian obsypał kosztownościami i zezwolił spędzić resztę życia w Anglii. Upłynęło jej ono na piciu piwa, hazardzie i sprawianiu sobie sukien. Poddani ją uwielbiali. Powinna być wdzięczna Holbeinowi.

Malując "Ambasadorów", Hans Holbein wiedział, że tworzy dzieło swojego życia. Podpisał je po łacinie, wyjątkowo wyraźnie, w widocznym miejscu na posadzce. Czy czaszka to też malarska sygnatura? Hohle Bein - w staroniemieckim: dziurawa, pusta kość - Holbein. Ale może to zbyt daleko idąca interpretacja. Czaszka przez całe średniowiecze była wszechobecnym symbolem marności życia doczesnego. Pozostała nim w dobie renesansu i później, w baroku. Czaszkę ma też przy berecie Jean de Dinteville - to biżuteryjny drobiazg. "Ambasadorowie" przeszli pod koniec lat 90. XX wieku długotrwałą, precyzyjną renowację. Wskazania zegarów słonecznych i przyrządów stały się czytelne. Czytelne stały się też księgi. Urządzono wielką wystawę w londyńskiej National Gallery. Wydano onografię.
Autorzy książki "Ambasadorowie Holbeina" - Susan Foister, Ashok Roy i Martin Wyld - analizują wszystkie przyrządy. Stwierdzają: "Najbardziej rzuca się w oczy sposób, w jaki te przyrządy ignorują wiedzę, jaką posiadałby każdy wykształcony astronom". To, że na globusie zaznaczono akurat Polisy, tłumaczą tym, że widocznie Holbein malował ze szkicu, a nie z natury. Że nie miał żadnego dobrego globusa pod ręką. Ustawienie globusa ciał niebieskich też im się nie podoba. Nie pokazuje nieba widzianego z szerokości geograficznej Londynu, tylko z "afrykańskiego wybrzeża Morza Śródziemnego". Trójka historyków sztuki nie potrafi zebrać i przeanalizować wszystkich wskazań, mimo że odczytali z instrumentów datę i godzinę.

North w odróżnieniu od współczesnych naukowców badał obraz nie za pomocą rentgena i animacji komputerowej, ale posłużył się stale obecną w średniowieczu i renesansie numerologią. Zmierzył wysokość słońca nad horyzontem według wskazań przyrządów. Liczbą, która wychodziła mu za każdym razem, było 27. Trzy razy trzy razy trzy - liczba trójcy. Kolejne 27 w obrazie to kąt, pod jakim, patrząc na czaszkę z prawej strony, zobaczymy ją bez zniekształcenia. Naniesienie linii podziału kompozycji obrazu ukazało
Northowi całe jego numerologiczne bogactwo. Jako pierwszy zauważył, że godzina i data, które wskazują przyrządy - czwarta po południu, 11 kwietnia 1533 r., Wielki Piątek - to równo 1500 lat od godziny Męki Pańskiej. Za pomocą heksagramu na posadzce i linii wytyczonych przez wskazówki przyrządów odcyfrował zawarty w kompozycji obrazu układ ciał niebieskich z 30 roku n.e. Aparatura pomiarowa nastawiona jest na szerokość geograficzną Jerozolimy, opodal której na Górze Czaszek umiera Chrystus. Zasłona w jerozolimskiej świątyni właśnie przedziera się na dwie części. Trudno pojąć, jak wydawcy albumów mogli dotychczas przycinać wystający zza kurtyny krucyfiks! Jak mogli lekceważyć ewangeliczny symbol narodzin nowej ery i nowej wiary. W XVI wieku astrologia była nauką równie poważną jak astronomia. Obecnie tej wiedzy nie wykłada się na uczelniach. Dziś patrzymy na obraz jako na "malarstwo". North o takim sposobie patrzenia na sztukę mówi: to tak, jakby literaturę nazwać "liternictwem". Dla niego "Ambasadorowie" to zapis wiedzy o świecie i światopoglądu dwóch dyplomatów oraz astronoma i malarza. Malarski traktat filozoficzny, astronomiczny i religijny. Ciekawe, ile jeszcze takich wspaniałych traktatów my uważamy wyłącznie za dobre malarstwo.
Znajdzie się słowo na każde słowo
Odpowiedz
#20
A nie mówiłem Smile . Jeszcze jakby ktoś podał w którym numerze Przekroju to się ukazało to byłoby super.
Być wciąż spragnionym - to nektar istnienia.
Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  "Ambasadorowie" MichałGadziński 49 19,428 06-14-2010, 05:29 PM
Ostatni post: superxana

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości