Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Byłem drewnianą kulką
#1
Byłem drewnianą kulką, taką niewielką i z miękkiego drewna.
Zdałem sobie z tego sprawę nad ranem, kiedy tylko otworzyłem moje małe, drewniane oczy. Pomieszczenie, w którym się obecnie znajdowałem, musiało stanowić część jakiejś większej konstrukcji, nie miało okien, a jedynie dwie pary drzwi wyjściowych i nie czułem najmniejszego nawet przepływu powietrza z zewnątrz..
Rozejrzałem się. Moja sytuacja z pewnością nie należała do ciekawych…w końcu jako student miałem już okazję budzić się i zasypiać w przeróżnych miejscach i pozycjach. W studiowaniu najbardziej pociągał mnie fakt, że rano nigdy nie wiedziałem gdzie i z kim będę się bawił wieczorem, zaś wieczorem nie byłem pewien z kim i gdzie zbudzę się rano. Gdzieś w głębi skłębionych zwojów mózgowych miałem też pewną jak kac świadomość, że kiedyś, za dziesiąt lat, przyjdzie się wcale nie obudzić. No ale otworzyć oczy będąc drewnianą kulką… to było już znacznie mniej przewidywalne i zupełnie nie wiedziałem jak się zachować w zaistniałych okolicznościach.
Jeszcze raz się rozejrzałem. Sala była zastawiona po brzegi ustawionymi na sobie krzesłami i stolikami. Pośrodku stał wiekowy kredens, a wokół niego ktoś umieścił stadko manekinów, w strojach z epoki radosnego socjalizmu. Całe otoczenie zalegało grubą warstwą kurzu i po głębszym zastanowieniu, nasunęło mi skojarzenie z teatralną rekwizytornią, do której od dawna nikt nie zaglądał.
Jednak tym co obok myśli, że jestem tylko niewielką kulką z miękkiego drewna, doskwierało mi najbardziej był brak światła w pomieszczeniu. Kiedy wczoraj wieczorem kładłem się spać, mierzyłem jak zwykle metr i dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, a sięgnięcie do włącznika nie stanowiło dla mnie najmniejszego problemu. Teraz zaś sięgałem trzech centymetrów i miałem kubaturę połowy jajka.
Z moczarów pamięci wyciągałem szczegóły minionego dnia.
Osiemnasta – telefon od A., potem kino, grzaniec, drugi grzaniec, A. zamawia soczek, trzeci grzaniec, A. nic nie zamawia, czwarty grzaniec, nocne delikatesy, Sophia Melnik, mieszkanie A., pokój A., łazienka A., łóżko A., pusta butelka po Sophii Melnik, dobranoc, dobranoc, bo wiem, że A. kogoś ma, a ja tak nie chcę między wódkę, a zakąskę, że niby nie w moim stylu itd., i że znowu się zaangażuję. I żeby nie bolało.
Tylko jak do cholery znalazłem się tutaj, no i przede wszystkim dlaczego zbudziłem się sam, a moja egzystencja zamyka się we wzorze 4/3 πr ³?
W żaden sposób nie mogłem się obrócić na płaskiej jak stół powierzchni podłogi. To co miałem przed oczyma powoli zaczęło mi uwierać, nudzić się tak bardzo, że diagnozowałem u siebie początki pomieszania zmysłów. Kiedy jednak złapałem się na rozmyślaniach, co może stanowić jadłospis drewnianej kulki, byłem już pewien, że za chwilę wcisną mnie w kaftan. Potem nie byłem sobie w stanie wyobrazić jaki krój mógłby mieć kaftan dla drewnianej kulki. Zresztą, kto niby miałby mnie w takowy wcisnąć, skoro od kiedy otworzyłem moje drewniane oczy, do moich drewnianych uszu, nie doszedł ani jeden dźwięk. Nic!
Ogarniała mnie paranoja. Nie wiedziałem ile godzin upłynęło od chwili mojego przebudzenia, w każdym razie przez cały ten czas leżałem bez ruchu na podłodze, a wokół mnie panował niezobowiązujący intelektualnie, niczym nie zmącony spokój. Również i ja sam byłem w ten spokój wpisany, stanowiąc jakby element scenografii, jak każdy inny przedmiot w pomieszczeniu… skazany na bezruch. Ktoś mnie tu przyniósł, położył i ot tak sobie poszedł.
W pewnym momencie, kiedy już straciłem nadzieję na to, że cokolwiek się wydarzy, usłyszałem za plecami czyjeś miarowe kroki. Początkowo nie byłem w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy to co słyszę naprawdę się dzieje, czy też zmęczony umysł płata mi figle. Jednak już po chwili do mych uszu dobiegł dźwięk przekręcanego w zamku klucza, i skrzyp dawno nie oliwionych zawiasów. Drzwi rozwarły się na oścież, a ja stałem teraz odwrócony, w smudze przesączającego się przez nie światła, bez rezultatu usiłując chociaż zerknąć przez ramię do tyłu. Niezbyt tez długo cieszyłem się jasnością.
Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłem sobie, że ktoś stoi za mną w progu, a ja znajduję się w cieniu tej osoby. Chciałem krzyczeć, wołać nieznajomego o pomoc, ale z moich drewnianych ust nie dobył się najmniejszy choćby odgłos, żaden pisk skargi. Nic!
Nie mogłem też przewidzieć, że stojący za mną osobnik bierze gruntowny zamach, ale moment potem poczułem jego siarczyste kopnięcie w to miejsce, gdzie zanim otworzyłem oczy będąc małą drewnianą kulką, kończyły się moje plecy, a jeszcze nie zaczynały uda.
Podskoczyłem z bólu, gnany siłą rozpędu, którą nadał mi nieznajomy. Czułem się jak wystrzelona armatnia kula, tyle, że po ponownym zderzeniu z podłogą, nie eksplodowałem, a odbijałem się od niej jeszcze kilka razy nie znając kontroli nad własną prędkością. Krążyłem tak, uderzając w umieszczone na zastawionej podłodze przedmioty. Zbierałem na siebie szarobrunatny kurz i tak okurzony, w niezmiennym pędzie toczyłem się dalej.
Z czasem przywykłem do sytuacji, a nawet więcej, polubiłem ją. Postrzegałem świat przedstawiony, jako zabawę na karuzeli, wieczne wesołe miasteczko. Szybko też zdałem sobie sprawę z tego, iż nie jestem jedyną kulką w pomieszczeniu. Nadana na początku siła rozpędu gnała mnie nadal, stawiając na mej drodze przedmioty, drzwi, inne kulki, a ja odbijałem się od ich znaczeń i kształtów.
Stopniowo uczyłem się naginać me drewniane zwoje, w miejscach, gdzie dawniej biegły mięśnie. Z początku wychodziło to bardzo kiepsko. Naiwnie wierzyłem, że ustawiając się w obrany sposób uczynię zderzenia mniej bolesnymi. Jednak, w toku nabywanego doświadczenia, zyskiwałem coraz większy wpływ na kierunki swych ruchów. Wiedziałem już jak uniknąć czołowego zderzenia z ostrym kantem stołowej nogi, jak się ustawić w stosunku do innych kulek, tak by odbicia od nich były milsze, bądź by po prostu mniej bolały.
Umiałem już też zaklasyfikować niektóre z mijanych kulek. Często już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć bruzdy, jakimi były spowite, efekty zderzeń i odbić, których z nimi nie doświadczyłem i których nawet nie byłem świadkiem. Jeżeli było mi z nimi po drodze, toczyliśmy się jakiś czas razem, wspólnie pokonując przeszkody, a potem albo ja odbijałem, by iść własną drogą, albo one, zmęczone mym tempem uciekały.
Od początku mej drogi czułem tego solidnego kopa, który wciąż pchał mnie dalej i dalej do przodu. Nie udawało mi się oczywiście przewidzieć wszystkiego. Wręcz przeciwnie, ja tylko grałem cwaniaka, a tak naprawdę bardzo często stawałem wobec wyzwań, którym nie mogłem sprostać. Każda droga, którą obrałem niosła ze sobą jakieś konsekwencje i mimo, że pojąłem ogólne reguły przeżycia w tym szalonym świecie, to nigdy do końca nie poznałem jego topografii i nawet dzisiaj nie potrafiłbym doradzić żadnej drewnianej kulce, w którą stronę powinna się toczyć.
Na kulistej powierzchni wciąż przybywało bruzd, większych i mniejszych, nowych w miejsce starych. Jednak w końcu moim budulcem było drewno, a drewno się z czasem zabliźnia i moje bruzdy i rany także się zabliźniały, z wyjątkiem tych, które były na tyle pamiętne, iż wywarły na mnie piętno trwalsze od innych uderzeń. Nosiłem je w sobie i widać je było po mnie. Zbyt głębokie by kiedykolwiek się zabliźnić. Trafiałem na nie tocząc się i wtedy ma odkształcona kulistość potrafiła zmienić swój bieg. Nie zawsze łączyły się ze złymi wspomnieniami i nie każda bruzda stanowiła ranę. Często zaglądałem w ich głąb, rozważałem, wyciągałem wnioski. Po latach odnajdywałem tam coś nowego, bądź tylko siebie z zamierzchłej przeszłości. Niekiedy też którąś z tych bruzd żyłem i nie wiedziałem już co mnie napędza, początkowa wielka siła, czy obecny ból, albo radość.
Do każdej nowej kulki dotaczałem się z moimi starymi bruzdami, by się od niej odbić i toczyć dalej. Kiedy chciałem uniknąć jakiegoś spotkania, po prostu odpowiednio manewrowałem, tak by tylko się otrzeć, albo przetoczyć obok, jak slalomista, byle nie wytracić prędkości i gnać dalej w swoim kierunku.
Czy byłem szczęśliwy? Nie wiem, a być może nie zadawałem sobie tego pytania, gdyż gdzieś tam w środku zbytnio mi uwierało. Zawsze mogłem się oddać swojemu pędowi, jeżeli tylko stanie na horyzoncie i zbyć je prostym keep smiling.
Przez cały ten czas dobrze wiedziałem czego chcę, ale wydawało mi się to nieosiągalne, a nie chciałem i nie umiałem się zadowolić substytutem. To była moja najbardziej rozedrgana struna i żaden ersatz nie wchodził w rachubę.
Codziennie szedłem na kompromis, a jednocześnie tak trudno mi było pójść na kompromis ze sobą samym i swoimi marzeniami. Nie miałem jej ideału. Nie chciałem, by była tak czy inaczej zaokrąglona, by miała takie, a nie inne rysy. Aby tylko była zawsze obecna i nie koniecznie toczyła się tą co ja drogą, ale rozumiała i szanowała drogę, którą się toczę z moimi wszystkimi bruzdami, bez względu na ich głębokość i przebytą trasę. Ale toczyłem się samotnie, a powierzchnia podłogi ciągle była płaska i wciąż natrafiałem na te same kwestie w podobnych okolicznościach przyrody.
I nie napiszę, że „aż tu raz nagle…”, albo „pewnego dnia…”. Wiem tylko, że Ona przyszła. Podjęła mnie z płaskiej jak stół powierzchni podłogi i wyniosła dla siebie do góry. Nie wiem dlaczego właśnie mnie wybrała i szczerze mówiąc nie widzę powodów, by ją o to pytać. Nie jestem ani łasy na pochlebstwa, ani specjalnie ciekawski. Zapaliła światło i spojrzałem z dystansem na przebytą drogę, na drzwi, od których ją zacząłem, na wszystkie kulki, od których przyszło mi się odbić.
Warto było toczyć się z mozołem, aby w końcu dotoczyć się do niej.
Grunt, że idziemy teraz razem, a drewno się przecież zabliźnia… Najważniejsze dla mnie, to czuć, że ona jest.
Ona gdzieś tam jest.
"Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego - tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas - bez Chrystusa."
Jan Paweł II
Odpowiedz
#2
Piszesz bardzo ciekawie, ładnie budujesz nastrój, opowiadania mają swój klimat i zapadają w pamięć....
Widać, że pracujesz nad swoimi tekstami.
Czasami jednak odnoszę wrażenie, że budujesz zdania zbyt skomplikowane- tak że po drodze zatraca się ich sens, np.
Sławek napisał(a):Pomieszczenie, w którym się obecnie znajdowałem, musiało stanowić część jakiejś większej konstrukcji, nie miało okien, a jedynie dwie pary drzwi wyjściowych i nie czułem najmniejszego nawet przepływu powietrza z zewnątrz..
Koniec zdania totalnie nie koresponduje z jego początkiem, mieszasz opis pomieszczenia z wrażeniami bohatera.
Troszeczkę drażni też pierwsze zdanie..
Sławek napisał(a):Byłem drewnianą kulką, taką niewielką i z miękkiego drewna.
dlaczego i z miękkiego drewna, przecież nic w tym dziwnego że skoro istnieje kulka to może być wykonana z miękkiego drewna, zdarza się...nie ma więc chyba potrzeby podkreślania tego faktu Wink
Bardzo mi się natomiast spodobało stwierdzenie :
Sławek napisał(a):moja egzystencja zamyka się we wzorze 4/3 πr ³?
...takie okrągłe chciałoby się rzec..a tu...kulka! :rotfl:

...swoją drogą... kto by pomyślał że drewniana kulka może być tak wdzięcznym bohaterem opowiadania Smile
piffko za pomysł Smile
Odpowiedz
#3
Lubie to co napisales...
'Niegodne nas – za sprawy błahe
(Drobnych utrapień lichy towar)
Płacić rozpaczą, gniewem, strachem,
Zużywać w kłótniach cenne słowa'
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości