Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
wszyscy jesteśmy Ikarami
#1
Racjonalistom, tak po prostu…



Wszyscy jesteśmy Ikarami

Gdy otworzyłam wielkie, drewniane i obłażące z farby drzwi, moim oczom ukazał się długi korytarz, pokryty szarym linoleum. Poczułam znienawidzony zapach szpitala.
W rogu stało wielkie biurko. Siedziała za nim recepcjonistka. Swoim wyglądem przypominała sowę. Spojrzała na mnie zza tych swoich grubych okularów.
- Pani do kogo? – spytała skrzekliwym głosem.
Pokazałam jej moją przepustkę dziennikarską.
- Przyszłam do Ireneusza Wierzyńskiego.
- No proszę, a jednak cuda się zdarzają. Długo tu pracuję, ale jeszcze…
- Gdzie go znajdę? - ucięłam dyskusję.
- Pokój numer 7, w końcu korytarza – powiedziała nieco urażonym tonem.
Podziękowałam i poszłam we wskazanym kierunku.
„No i jest, numer 7” - pomyślałam, kładąc dłoń na klamce. Niemal zderzyłam się w progu z pielęgniarką.
- I proszę zażyć leki, bo sprawdzę - rzuciła na odchodnym w głąb pomieszczenia. W jej głosie było coś takiego, że mimo woli przypomniałam sobie siostrę Ratchet z „Lotu nad kukułczym gniazdem”.
- Pani z prasy? - spytała, świdrując mnie wzrokiem.
Przytaknęłam.
- Ma pani czas do kolacji. Proszę go nie męczyć – poleciła, ale w jej głosie nie zabrzmiała nawet nuta troski. Wreszcie sobie poszła.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, gdy weszłam do pokoju to stosy książek i stare fotografie. Głębia tonęła w półmroku. Zamknęłam drzwi.
- Jest tu kto? – spytałam ostrożnie.
Nagle ktoś zapalił światło.
- Ja jestem - odezwał się głos tuż za moimi plecami.
Podskoczyłam i krzyknęłam ze strachu. Obróciłam się momentalnie. Moim oczom ukazał się staruszek na wózku inwalidzkim.
- Przepraszam, ale nie mogłem odmówić sobie elementu zaskoczenia – powiedział, uśmiechając się.
- Nic nie szkodzi - wysapałam.
- Kłamie pani - pogroził mi palcem.
- No dobrze, to było… to nie było miłe.
- Proszę usiąść - wskazał mi wysoki fotel — może w ramach rozejmu napijemy się herbaty?
Sama nie wiedząc czemu przytaknęłam.
- Wie pan, po co tu jestem? - Spytałam, mieszając w kubku.
- Wiem, chce pani zrobić ze mną wywiad, bo jestem najstarszym, żyjącym człowiekiem okolicy.
Każdym słowem wytrącał mi „broń” z ręki. Byłam zaskoczona bystrością jego umysłu.
- Zgadł pan.
- Może przejdziemy sobie na ty? - zaproponował
- Wolałabym nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Niedobrze, jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać, a pani już się dystansuje.
Udałam, że nie słyszę. Aby ukryć zmieszanie, schyliłam się do torby, wyjmując dyktafon. Ukradkiem spojrzałam na zegarek, cenny czas upływał. Jak nie zaniosę tego wywiadu naczelnemu, to mnie wyleją z gazety. On nie przestawał na mnie patrzeć.
- Czas to pojęcie względne, moja droga.
Drgnęłam. Podniosłam wzrok. Jego oczy… Nic nie jest w stanie ich opisać. Obwiedzione zmarszczkami, a młode, czarne, a płonące ogniem.
Chrząknęłam i włączyłam dyktafon. Sięgnęłam do przygotowanych wcześniej notatek z pytaniami.
- Nasi czytelnicy zadają sobie pytanie, co czuje człowiek w dniu swoich 112 urodzin?
- Ja mam dużo więcej lat - odparł spokojnie.
Skrzywiłam się mimowolnie. Przewinęłam taśmę. Powtórzyłam pytanie. Nie doczekałam się jednak odpowiedzi. W panującej ciszy słychać było tylko szmer dyktafonu. Spojrzałam wyczekująco na mojego rozmówce. On się tylko uśmiechnął. Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę. Wreszcie nie wytrzymałam, z trzaskiem wyłączyłam urządzenie.
- Dlaczego pan mi to robi? – spytałam. Przez chwilę pomyślałam o tej słynnej starczej złośliwości. Mimo wszystko postanowiłam być miła i delikatna.
- Najpierw wyłącz to ustrojostwo – polecił.
- Jestem dziennikarzem, robię wywiad.
- Tego, co ode mnie usłyszysz, żadna gazeta Ci nie zamieści - powiedział, krzyżując ręce na piersiach.
Zaczęła wzbierać we mnie wściekłość i żal. Już sobie wyobraziłam twarz naczelnego, wskazującego mi drzwi. Mój pierwszy samodzielny wywiad i klapa. Zebrałam notatki. Wstałam z miejsca.
- Naczelnemu coś napiszesz, co to za sztuka, wymyślić wywiad ze starym człowiekiem. Prasa i tak najczęściej kłamie. A ty masz przecież taką bujną wyobraźnię, nie zmarnuj jej – uśmiechnął się.
Kartki wysypały mi się z rąk. Opadłam na krzesło.
- Kim pan jest? Czego ode mnie pan chce? – wyjąkałam.
- Chcę użyczyć ci moich skrzydeł – powiedział spokojnie.
- Czego?
- Zawsze była z ciebie gaduła, ale teraz ja będę mówił.
- No, więc…
- Nie zaczyna się zdania od więc – zauważył.
Poczułam się dziwnie mała wobec niego. I to nie ze względu na tę uwagę. Czułam, że muszę - nie, że chcę wysłuchać tego, co ma mi do powiedzenia.
- Ireneusz to nie jest moje prawdziwe imię. Nazywam się Ikar.
Zdziwiłam się niepomiernie, nie byłam w stanie uwierzyć w jego słowa.
- Jestem synem Dedala – niespodziewanie zaczął swoją opowieść. - Tak, tego Dedala od labiryntu – uprzedził moje pytanie
- Ale…
- Mówiłem, że mam więcej niż 112 lat. Mojego ojca pamiętam bardzo dobrze. Wysoki, czarnowłosy. W młodości byłem do niego bardzo podobny. Dużo pracował, ale zawsze znajdował dla mnie czas. Wiesz, zrobił mi kiedyś taką zabawkę, drewnianego konia trojańskiego, do którego można było chować różne drobiazgi.
Matki nigdy nie znałem. Podobno zmarła przy moim urodzeniu. Ojciec mawiał, że mam jej oczy.
- Brakowało ci jej? – spytałam, mimowolnie przechodząc z nim na „ty”.
- Czy brakowało… Nie znałem jej, ale wiesz, często zastanawiałem się, jak by to było, gdyby żyła. Młodość spędziłem w pałacu króla Minosa.
- Twój ojciec budował labirynt dla Minotaura?
- Tak. Minotaur był synem Minosa. Natura poskąpiła mu urody, ale nie miał głowy byka. Minos się go wstydził.
- Potwór – mruknęłam, mając na myśli Minosa – A więc Herbert miał racje- powiedziałam do siebie.
- Miał, tylko, że Minotaur nie był nieukiem. Zbigniew trochę zmodyfikował moją opowieść.
Aż się zachłysnęłam.
- Pewnego dnia Minosowi znudziła się ta ciągła tajemnica. Na jego zlecenie najemnik imieniem Tezeusz zgładził Minotaura. Mój ojciec niechcący stał się świadkiem rozmowy Tezeusza i Minosa. Nasze życie było w niebezpieczeństwie. Postanowiliśmy jak najszybciej uciec z Krety. Dalej jest tak, jak w micie. Ojciec zbudował dla mnie i dla się siebie wspaniałe skrzydła.
- Dlaczego pofrunąłeś tak wysoko?
- Ech - westchnął - młodość. Zawsze chciałem latać. Wtedy otrzymałem możliwość spełnienia marzeń. Wyobraź sobie… Ziemia ucieka ci spod stóp, wszystko maleje, problemy i cierpienia tracą na znaczeniu. Dajesz się porwać wiatrowi, możesz ścigać się z ptakami. Wystarczy, że zrobisz tak – rozłożył szeroko ramiona – a wiatr sam cię niesie.
Leciałem wysoko, wzniosłem się wyżej niż jakikolwiek śmiertelnik. Wreszcie znalazłem się na wysokości słońca. Patrzyłem na jego ogień, a nie płonąłem. Czułem tylko przyjemne ciepło w sercu.
- Jakie jest słońce?
- Piękne. Niebo też jest piękne. Ludzie za często, za długo patrzą w ziemię. Nagle poczułem, jak zagarnia mnie czyjaś dłoń. Stanąłem oko w oko z Bogiem.
- Z Bogiem?! – wykrzyknęłam - Jak on wygląda?
- Dla mnie wtedy wyglądał jak Zeus.
Przysunęłam się bliżej, nie chcąc uronić ani słowa. Zmienił się. Oczy mu płonęły. Ubyło mu lat.
- Spytał, co ja robię.
- I co odpowiedziałeś?
- Dałem najgłupszą, a zarazem najszczerszą odpowiedź: „Latam sobie”.
Wybuchnęłam śmiechem.
- Wiesz, on też się roześmiał, ale zaraz potem spoważniał. Powiedział, że musi mnie ukarać.
- Ukarać?! Za co?!
- Pamiętam każde jego słowo. Powiedział, że wtargnąłem tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek. Mówił też, że szanuje mój upór i gonienie za marzeniami, ale nie mogę tu zostać i musi mnie strącić.
- Jak to? Czy Bóg nie jest miłosierny?
- Jest przede wszystkim sprawiedliwy - odrzekł spokojnie – Powiedział też, że jestem pierwszym marzycielem wśród ludzi. Od tej pory miałem być symbolem tych, co walczą o szczęście i samorealizacje. Oznajmił mi także, że będę długo spadał i w tym czasie zobaczę, do czego doprowadziłem. I zostałem strącony.
- To straszne – szepnęłam.
- Tylko na początku - odrzekł pogodnie.- Widziałem wielu ludzi, marzycieli takich jak ja. Nadal ich widzę. Widzę też ich upadki; chwile, gdy tracą skrzydła. Ciebie też widziałem.
Poczułam, że wiem, o czym mówi. Szloch uwiązł mi w gardle.
- Nie ma co płakać- powiedział, przysuwając się bliżej na wózku i obejmując mnie ramieniem.- Widziałem ludzi, dla których byłem natchnieniem, którym dawałem siłę. Pomyślałem, że chciałbym znowu żyć wśród nich. Wtedy zobaczyłem pod sobą morze. Spadłem w nie głową naprzód. To było cudowne uczucie, jak… miłość. Poczułem, że chcę być wśród ludzi, dawać im siłę. Wtedy zrozumiałem, że tego chciał ode mnie Bóg.
Wskutek upadku straciłem władzę w nogach. Ale żyłem.
- Nie było Ci ciężko?
- Było, oj było - uśmiechnął się smutno – trudno było odnaleźć się w nowych czasach.
- W czasach bez marzeń- szepnęłam.
- Ty chyba żartujesz?!- Obruszył się - marzenia były, są i będą. Ja mówię, że musiałem przyzwyczaić się do życia wśród obcych. Wśród nowej techniki. Upadłem, ale umiałem się dźwignąć…
- A ludzie- zaczęłam ostrożnie.
- Co ludzie?
- No wiesz… - zaczęłam żałować, że poruszyłam ten temat.
- A, tobie chodzi o wózek?
Przytaknęłam niechętnie.
- Tak, część ocenia po pozorach, skupia się na dostrzeganiu ułomności. Ale są tacy, którzy widzą ciebie.
- Choroba i kalectwo nie są ważne? – Jakoś trudno mi było w to uwierzyć.
- Są. Kłamie ten, kto twierdzi, że to jest nieistotne. Bo to jest ważne, ale są ludzie, którzy umieją patrzeć, nie oceniają po pozorach.
Sięgnął za siebie na półkę. Wziął kilka fotografii.
- To są moi przyjaciele ze studiów. To my, na imprezie, na rozdaniu dyplomów – mówił, podając mi kolejno fotografie. Patrzyłam w twarze młodych roześmianych ludzi.
- Niestety już wszyscy nie żyją. A to moja Elwira- pogładził pieszczotliwie zdjęcie- Moja żona. Umarła 40 lat temu - twarz wykrzywił mu grymas bólu- nic mi po niej nie zostało, nie mogła mieć dzieci... Wiesz, przy niej czułem, że znowu mam skrzydła…
Ukradkiem otarłam łzy.
- Ikarze – zaczęłam
- Tak ?- Twarz mu się rozpogodziła – lubię, jak ktoś mówi mi po imieniu.
- Czy nigdy nie żałowałeś? Mogłeś przecież żyć spokojnie. Wylądowałbyś z ojcem na jakiejś wysepce…
- Tak, ożenił się, miał furę dzieci i uprawiał gaj oliwny, nie dzięki – przerwał mi.- Za marzeniami trzeba podążać, trzeba je realizować. Nawet jak upadniesz, jak się nie uda, próbuj dalej. Nigdy nie żałowałem.
Nagle zamyślił się.
- Marzenia nie mogą przysłaniać świata. Nie można wiecznie kroczyć ponad ziemią. Ukończyłem studia, zdobyłem pracę, poznałem Elwirę, miłość mojego życia. Latałem, to prawda, ale nie uciekłem od bycia człowiekiem. „Caelum non animum mutant, qui trans mare curant”*
Wziął moją rękę w swoje dłonie.
- Naucz się czerpać siłę z marzeń.
- Ale jak?
- Masz przecież swoje szczęśliwe myśli.
Miałam ochotę się rozpłakać.
- Tak, cel, który nie wiadomo, czy osiągnę. Osoba, która nie istnieje – rzekłam z goryczą.
- Cel… nie mogę odpowiedzieć, czy się uda. Osoba – zaśmiał się – istnieje, są ludzie z takim charakterem, wierz mi – uśmiechnął się.
Nagle drzwi pokoju się otworzyły i do środka wtargnęło uosobienie siostry Ratchet.
- Panie Ireneuszu, czas na leki.
Starałam się jak najwolniej zbierać swoje rzeczy, byle tylko zostać jeszcze chwilę.
- Powinna pani już wyjść - rzekła Ratchet.
Wstałam od stołu.
- Chwileczkę, zapomniałaś pióra – powiedział, sięgając do szuflady. Wyjął stamtąd małe, wąskie pudełko.
- Napisz tym coś porządnego – szepnął, podając mi je.
W samochodzie drżącymi rękami otworzyłam prezent. W pudełeczku leżało czarne, wieczne pióro. Roześmiałam się serdecznie. Wiedziałam, co nim napiszę i na pewno nie będzie to artykuł dla naczelnego.

„Porażone nieba skalą
Morze cierpnie gęsią skórką…
Z migotliwą znika falą
Z kroplą wosku martwe piórko”

„Upadek Ikara” Jacek Kaczmarski


* dosł: Niebo zmienia, nie duszę, kto przez morze płynie. Od siebie i swoich problemów nie uciekniesz wyjeżdżając.
Nie ten umiera co właśnie umiera
Lecz ten co żyjąc w martwej kroczy chwale
Więc ci co polegli - poszli w bohatery
Ci co przeżyli - muszą walczyć dalej
Odpowiedz
#2
Podoba mi się. Jest takie dość przyjemne w czytaniu. Nie bardzo się na tym znam, więc dzielę się tylko takim moim subiektywnym spojrzeniem...
Pietrek_C
Odpowiedz
#3
Ha, mnie również się podoba Smile

Pozdrawiam serdecznie
Jacek
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości