Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
"Wariacje dla Grażynki"
#1
Od zawsze ten utwór robił na mnie duże wrażenie. Wydawał się szczególnie odstający, najbardziej uniwersalny w programie Muzeum, najtrudniej też byłoby przypisać mu podteksty polityczne (chociaż… Wink).

Intrygowała mnie również postać artysty – Józefa Gielniaka. Zaintrygowała jeszcze bardziej, kiedy dowiedziałem się, że ostatnie lata spędził na Ziemiach Zachodnich, z których pochodzę. Urodził się w 1932 roku we Francji w środowisku polskich robotników (nota bene bardzo podobny kontekst jak w przypadku Edwarda Stachury, który również urodził się we Francji w latach trzydziestych, był związany z Wrocławiem, a zmarł przedwcześnie w latach siedemdziesiątych).

Gielniak specjalizował się w linorytach, czyli mówiąc po prostu ciął linoleum (materiał wykorzystywany np. do wykonywania płytek PCV). Jest to prosta technika graficzna, uważana przez zawodowych grafików za raczej mniej poważną od tradycyjnego miedziorytu czy drzeworytu, więc jest z zasady ignorowana. Artysta nie miał jednak wyboru - technikę wymusił zły stan organizmu spowodowany gruźlicą (musiał pracować na leżąco). Zrobił jednak użytek z tego ograniczenia, windując technikę linorytu na nie widziany dotychczas poziom. (Na podobnej zasadzie ostatnio Endo zrobiła furorę korzystając z anachronicznego Painta.)

Gielniak pracował nad jednym linorytem bardzo długo, nawet rok. Cykl „Improwizacje dla Grażynki” wykonywał przez ponad dekadę w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nie wiem z ilu grafik się składa (co najmniej z siedmiu), ani kim była Grażynka.
Mam reprodukcje odbitek pięciu z nich.

Wariacje II

Wariacje IV

Wariacje VI

Wariacje VII

Wariacje (x)

Do piosenki najbardziej pasuje VI (jak na stronie <!-- w --><a class="postlink" href="http://www.kaczmarski.friko.pl/artysci.html">www.kaczmarski.friko.pl/artysci.html</a><!-- w --> ).

Zabawne, że właściwie wszystkie grafiki Gielniaka wywołują w odbiorcy, przynajmniej we mnie, uczucie niepokoju: są mroczne, fatalistyczne. Tymczasem sam autor często pisał o swoich pracach jak o miłych obrazkach, które sobie powoli dłubie. Wzmiankował np. w liście, że wycina kwiatki i dmuchawce, żeby całość miała wydźwięk pozytywny i ciepły. Ale jakoś przypadkowo wychodziła mu znów apokalipsa.

W 2001 roku odwiedziłem Bukowiec, a właściwie Kowary. To urokliwe miejsce leżące niedaleko Jeleniej Góry. Nieprzypadkowo na tych terenach kręcono film „Weiser”. Na kowarskim cmentarzu znajduje się grób artysty.
Zrobiłem zdjęcie sanatorium dla gruźlików, w którym leczył się, a właściwie mieszkał artysta. Muszę się przyznać, że nie jestem pewien, czy leżał w tym akurat budynku. Obok stoi jeszcze jeden, brzydszy. Zrobiłem zdjęcie tego ładniejszego, zbudowanego w pruskim stylu bajkowym (II poł XIX w.)

Bukowiec

Grafika ma tę zaletę, że istnieją setki oryginalnych odbitek. Czasami wystawiają je na aukcjach. Ktoś chce kupić? Proszę:

VII za 3800 PLN

IV za 2600 PLN
Odpowiedz
#2
kamil jedow napisał(a):To urokliwe miejsce
Znam wielu takich co by się nie zgodzili Tongue
Gielniak mieszkał ponoć w pierwszym budynku od strony Kowar - ja się przyznam,że nie pamiętam czy to ten na zdjęciu,ale raczej tak Smile Miał tam też pracownię - zdaje się w piwnicy. Ponoć zdarzało mu się balować z personelem,ale nie wiem ile w tym prawdy Smile
Odpowiedz
#3
kamil jedow, szacunek za dociekliwość i chęć podzielenia się z innymi Smile
Odpowiedz
#4
Dzięki kamil jedow Smile . Mam nadzieję, że jak Art poprawi panel utworu na stronie to będzie można zamieścić ten materiał. Bardzo ciekawe. Pozdrawiam
Być wciąż spragnionym - to nektar istnienia.
Odpowiedz
#5
Alek napisał(a):
Kamil napisał(a):To urokliwe miejsce
Znam wielu takich co by się nie zgodzili
Np. ja bym się nie zgodził. Kiedyś łażąc po Karkonoszach trafiłem do Kowar. Fakt, miasteczko ma potencjał, ale mam stamtąd wrażenia raczej negatywne: atmosfera beznadziei i totalnego dołu, smutek, szarość (a był to sierpień), stacja zamurowana, tory zarośnięte. Czmychnąłem czym prędzej.

Ale wracając do tematu; dzięki Kamilu, za podzielenie się swoimi informacjami.
[b][i][size=75]ukončite prosím výstup a nástup, dveře se zavírají[/b][/i][/size]
Odpowiedz
#6
Fakt, w Kowarach bida aż piszczy, też za długo tam nie chciałem zabawić. Ale region malowniczy.
Odpowiedz
#7
Wysłałem Arturowi ,,Improwizacje dla Grażynki" Gielniaka, a teraz zajrzałem w ten temat i widzę, że kamil jedow, też się wcześniej ich doszukał. Przepraszam tym samym za ignorancję. :wstyd:

Pozdrawiam
Paweł
To - jakimi słowami język twój cię stwarza,
Gdy wydajesz na ludzi wyroki portretów -
Czy chwali i obraża, czy z lękiem - obnaża -
Różni mowę trybunów od mowy poetów.
Odpowiedz
#8
"Spójrz na ten asfaltowy pazur, co tnie niebo z celofanu..." Tak... :Smile to jeden z moich "the best of Jacek Kaczmarski". I to dzięki tej piosence zainteresowałem się Gielniakiem. Wiele już napisał Kamil Jedow, więc będę tylko dopowiadał. Smile)
Jak podaje autorka biografii artysty - Irena Jakimowicz ("W kręgu sztuki - Józef Gielniak", wyd. Arkady, Warszawa 1982) w ciągu 15 lat działalności jako grafik stworzył zaledwie 68 prac, łącznie z 15 ekslibrisami. Był podobno Gileniak człowikiem niezwykłym - o wielkiej inteligencji, wrażliwości i... dobroci. Czytywał poezję i filozofów. W zakresie sztuki był niemal samoukiem (zaledwie rok studiował w Ecole des Beaux-Arts w Valenciennes). Nie kreował się na rewolucyjnego artystę (czytaj - artychę), ale z szacunkiem podchodził do przeszłości, wielbiąc Durera, Boscha, El Greca, Seghersa, Goyę, van Gogha etc. W niektórych z prac Gielniaka dostrzec można dalekie nawiązania do prac "starych mistrzów" - "Caprichos" Goyi, "Walki Archanioła Michała ze smokiem" Durera, "Widoku Toledo" El Greca, "Kruków na polu" van Gogha.Do Polski trafił w 1950 r. W 1956 r. ożenił się z pracującą w senatorium w Bukowcu Danielą Mańke, która nazywa Grażynką, z którą miał syna - Józefa. Próbował Gielniak różnych technik graficznych - akwareli, mezzotinty, miedziorytu - ale wymagały one wysiłku na który nie było już stać schorowanego artystę. Tymczasem linoleum było nie tylko łatwo dostępne, ale i łatwiejsze w opracowaniu (choć to może kwestia względna - każdy, kto próbował linorytu wie, że nie jest to tak proste jak się pozornie wydaje). "Chciałbym wyjaśnić, ze dłubię w linoleum nie z wyboru czy upodobania, ale z prostej przyczyny, że nie mam innej możliwości!! Pozostaje mi linoryt, technika niestety pogardzana, i z góry skazana na niepowodzenie" - pisał w jednym z listów w 1959 r. Na pytanie jakim cudem udaje mu się odtworzyć kształty tak delikatne i precyzyjne na tak niewdzięcznym materiale, odpowiedział: "No po prostu zwykłym dłutkiem, a najbardziej cierpliwością (...) Dochodzi do tego, ze już nie tylko centymetr martwej płaszczyzny, ale i milimetr muszę rozbić i ożywić". Mając świadomość ograniczenia czasu jaki mu pozostał, oddawał się całkowicie swej twórczości, którą sam skromnie nazywał "dłubaniną". A była ona aktem niemal heroicznym, podobnym do poświęcenia Michała Anioła malującego Sykstynę. "Przygotowanie i zrobienie odbitki to dla mnie teraz cały ceremoniał z udziałem Grażynki i Józika (żony i synka). Mam taki stolik z oddziału chirurgicznego, na kurzej stopie skróconej tak, żeby blat sięgał poziomu tapczana i dał się łatwo ustawić, nachylić. Tak oto leżąc z tlenowym "smoczkiem" w zębach, udaje mi się zrobić odbitkę w ciągu dwóch godzin" - chwalił się przyjaciołom. KOmplet prac Gielniaka znajduje się w muzeum w Jeleniej Górze, a inne odbitki rozproszone są po świecie. Dodam jeszcze, że o grafikach Gielniaka pisał wiersze S. Grochowiak.
pzdr - Kangur Smile
Ty, który słuchasz jak się słucha baśni
Albo wyblakły odczytujesz napis
Nie wierzysz... Uśmiech twoją twarz rozjaśnił
Bo tyś się dawno już z tej studni napił.
Odpowiedz
#9
wow. pozdro elo szacun dla Was Wink

ja trochę szukałem prac gielniaka i trochę czytałem co robił, ale aż tyle nie wiedziałem Wink

wg. moich źródeł (nie wiem czy są prawdzie) wariacje nr 4 (dołączone w pierwszym poście), to wariacje nr 1 - nie wiem czy to prawda.
[img]http://www.challenge-roth.com/img/challengeroth-logo.gif[/img] Unten 10.
Odpowiedz
#10
Nie tak dawno, z szeroko pojętego obowiązku, zająłem się Wariacjami dla Grażynki Kaczmarskiego, a co za tym idzie Improwizacjami Gielniaka oraz nim samym.
Wariacje Kaczmarskiego nigdy wcześniej nie zagościły na moich playlistach, nigdy jakoś nie zwróciłem na ten utwór uwagi. Wydaje mi się zresztą, że nie pomylę się szczególnie pisząc, że ogólnie jest on mało popularny, ale prawdę mówiąc nie wiem, dlaczego tak jest. Tak czy siak przyjrzałem się dokładnie tekstowi, zdjęciom linorytów i biografii Gielniaka. I muszę powiedzieć, co zabrzmi być może dość spodziewanie, że po raz kolejny moja kopara opadła z hukiem z powodu geniuszu Kaczmarskiego. Wolałbym oszczędzić fragmentów mojej niestety naciąganej interpretacji, więc napiszę tylko, że nie mogę wyjść z podziwu, w jak cudowny sposób Kaczmarski oddał w tym dość krótkim utworze styl i tematykę linorytów oraz życie i zmagania z chorobą Gielniaka.
O ile nawiązania do stylu Gielniaka są dość oczywiste (liście, pajęczyny, owady), o tyle myślę, że warto zwrócić uwagę na użycie zwrotów takich jak: "nie ma miejsca na jeden ludzki oddech", "duszności atak", czy "rozdusi", które opisując fantasmagoryczne kształty na linorytach mówią chyba raczej bardziej o chorobie Gielniaka.
Kończąc ten przydługi i niezbyt precyzyjny wywód - wydaje mi się, że niedocenianie (o ile tak rzeczywiście jest) Wariacji dla Grażynki może wynikać z nieznajomości życia i twórczości Gielniaka, przy czym trzeba chyba jednak poczytać ciut więcej, niż jest o tym na forum. W każdym razie sądzę, że ten utwór kryje w sobie dużo więcej, niż się na pierwszy rzut oka może zdawać.
A tak poza tym - nie mogę się oprzeć wrażeniu, że na tym linorycie, powiedzmy w centrum, znajduje się biegnąca para ludzi. Choć może to tylko wyobraźnia.

A już naprawdę kończąc - byłem w Muzeum Karkonoskim w JG - niestety Gielniak siedzi gdzieś w magazynie, ale mam nadzieję, że jakoś uda mi się te linoryty zobaczyć "na żywo".
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości