Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Taki początek
#1
Witam
Tak sobie ogladam to forum od jakiegoś czasu i wreszcie się zalogowałem...
I może na początek, zamiast się dokładnie opisywać, zaprezentuję małe opowiadanko...



(Czerwiec 1914)

Stary człowiek pisał coś przy promieniach zachodzącego słońca.
Co moment podnosił wzrok i z niepokojem w oczach spoglądał przez okno. Pisał coraz szybciej, wbrew pozorom nie dlatego, że w jego chacie nie było żadnego oświetlenia. Na razie znajdująca się w dolinie wieś była jednak spokojna.
Kończył już, kiedy zapadająca ciemność uniemożliwiła dalszą pracę. Ostatnie kilka zdań wyskrobał na ślepo, po czym schował rękopis do metalowej puszki, którą z kolei zasypał w przygotowanej uprzednio dziurze w rogu izby. Rozpruł siennik i wetknął do środka kilka starych listów, rozrzucając przy okazji trochę słomy po klepisku. Zadowolony z siebie usiadł na niewielkim, służącym zwykle za krzesło pniaku i zapalił fajkę. Przecenił najwyraźniej odwagę ludzi ze wsi- był przekonany, że dadzą mu najwyżej godzinę- dwie, mając nadzieję, że ucieknie i przyjdą spalić chatę. Wiedział, że jeśli nie pojawią się w ciągu kilkunastu minut, to do rana będzie miał spokój. Z drugiej jednak strony nie sądził, by chcieli spędzać noc w sąsiedztwie czarownika.
W oddali pojawiły się pochodnie. Cóż, zjawiali się w ostatniej chwili. Staruszek uśmiechnął się złośliwie. Podniósł stojącą pod oknem beczułkę i rozlał jej zawartość po całej chacie, nie pomijając belek stropowych. Napastnicy zbliżali się. Najwyższy czas opuścić niegościnną wieś, pomyślał. Podniósł tobołek i już miał ruszyć do rosnącego niedaleko lasu, kiedy zorientował się, że na podwórze weszło kilka osób. Nie miały one pochodni, jak idący za nimi chłopi i nie wykrzykiwali gróźb pod jego adresem. Wściekły tłum doszedł już do wzgórza i zaczął wspinać się ku chatce. Czarownik po raz pierwszy od wielu lat poczuł się niepewnie.
-No i co stary? Wpadłeś, twoja śmieszna magia coś ci nie pomogła- rozległ się kpiący głos. Czarownik znał go. Zaklął siarczyście.
-Widzę, że mnie poznałeś. Dobrze. A teraz oddaj księgę i nie stawiaj oporu, to zdążymy cię powiesić, zanim dojdą tu wieśniacy. Nie krzyw się tak, uwierz, to lepsze rozwiązanie. Są bardzo, jakby to określić, zdenerwowani...
Czarownik znowu zaklął.
-Nawet mnie zaskoczyli, nie powiem, świetnie się zorganizowali- kontynuował głos- podejrzewam, że by cię zdrowo przysmażyli...
-Zdążyłbym uciec, gdyby nie ty, szmato- czarownik wreszcie odpowiedział.
-Nigdzie byś nie uciekł, oni naprawdę chcą cię złapać... To już nie to, co kiedyś... Już się was nie boją. W lesie na przykład czekało pięciu, zakłuliby cię, zanimbyś wykombinował jakieś zaklęcie... Chociaż jak na mój rozum, to ta cała wasza magia sprowadza się do mordowania bezbronnych ludzi i produkcji śmierdzących mazi...- mówiący był wyraźnie zdegustowany. Czarownik prychnął, ale nic nie powiedział.
-Dobra, koniec tych mów. Wielokrotne morderstwo, mnie wystarczy. Oddaj księgę.
-Po co ci?- czarownik zauważył szansę ucieczki w zamieszaniu, jakie pewnie wywiązałoby, gdyby chłopi zdążyli dojść.
-Mnie? Po nic. Biskupowi potrzebna. Dość gadania, wyciągajcie linę- rzucił towarzyszom, po czym zwrócił się do czarownika- znajdę księgę, z tobą, czy bez ciebie. A za karę będziesz wisiał na grubszym sznurku... Chociaż w porównaniu z tym, co planowali chłopi i tak wyświadczam ci przysługę... Powiedzmy, po starej znajomości- roześmiał się.
Po chwili gruba lina wisiała przerzucona przez gałąź. Czarownik zaczął coś mruczeć. Jeden z wieszających linę ludzi wyjął nóż i rzucił się na towarzysza. W tej samej chwili przywódca uderzył starucha w twarz.
-No, bez głupich zagrywek- wysyczał.
Walczący znieruchomieli.
-Nie tłumaczyć się- rzucił w ich kierunku- dajcie jakiś pniak.
Gdy po kilkunastu sekundach chłopi z pochodniami pojawili się na podwórzu, spod nóg czarownika wylatywał właśnie zgrabny brzozowy klocek. Skazaniec rzucał się jeszcze kilkanaście sekund obrzucany ponurym wzrokiem chłopów.
Przywódca odetchnął, chyba przedwcześnie, bo przybyli wcale nie wygladali na zadowolonych. Jeden z nich zdobył się w końcu na odwagę
i wystąpił.
-To był czarownik...- zaczął.
Przywódca przerwał mu.
-Wiem, przecież wisi, czego chcecie?
-Czarowników palimy- głos mówiącego był zdecydowany.
-To go spalcie- rzucił przywódca- nie bronię.
Chłopi widać zauważyli, że na większe atrakcje w odniesieniu do samego czarownika nie ma co liczyć.
-Chatę też palimy.
Przywódca spodziewał się takiego obrotu sprawy.
-Jutro spalicie. Stary coś zostawił, jak to zabiorę, wolna droga.
-Teraz- chłopi byli uparci.
-Powiedziałem, jutro- głos przywódcy ciągle był spokojny.
-Znajdźcie to sobie teraz. To nasza wieś.
Przywódca westchnął zrezygnowany. Wziął pochodnię i wszedł do chaty. Od razu poczuł naftę. Poruszał się ostrożnie, aż jego wzrok padł na rozpruty siennik. Włożył do środka rękę i po chwili wymacał kartki papieru. Mając zajętą rękę postanowił zabrać cały siennik. Wyszedł na zewnątrz i wyciągnął kartki. Na ten widok chłopi obrzucili chatę pochodniami, kilka z nich wpadło do środka i po chwili budynek objęły płomienie. W ich świetle przywódca obejrzał zdobyte kartki.
Właściwie tego się spodziewał. Na wszelki wypadek schował listy za pazuchę. Spokojnie patrzył na płonącą chatę, do której po chwili dołączyły zwłoki jej właściciela i zalegające podwórze graty.
Czarownik miał księgę, każdy jakąś ma, rozmyślał przywódca, zresztą sam się przyznał. Najprawdopodobniej jednak wszystko spłonęło...
Na wszelki wypadek postanowił powrócić po kilku tygodniach i przeszukać pogorzelisko. Dla spokoju sumienia.
Gdy słońce wschodziło, po trzech mężczyznach nie było w wiosce śladu,
a wzgórze zaczynało zyskiwać reputację przeklętego...
Odpowiedz
#2
Nie ma to jak dość szablonowe fantasy. :] Słynny i przekombinowany Eragon, nad którym tak się zachwycano (zapewne dzięki krótkiemu stażu życiowego autora) był niczym innym jak wykorzystaniem znanych motywów plus masa zachwycających och ech i bardzo lekkich zdań. Wolę od niego już Twoje dzieło, bo przynajmniej nie pchasz niczego na siłę, aczkolwiek również mógłbyś dać jakiś powiew świeżości w ten gatunek (setki podobnych motywów już się mi znudziły). Sądzę, że zapewne Sapkowski to jeden z Twoich ulubionych autorów (ciężko go nie lubić). Wink

Walcz dalej ::beer::

Pozdrawiam
Bo z wolnością jest jak z kołdrą, pod którą się śpi ze wszystkimi na jednym łóżku.
Każdy chciałby mieć ją tylko dla siebie, ale jak za mocno ją pociągnie
to osobie z drugiej strony jest zimno.
Odpowiedz
#3
Do Sapkowskiego, szczerze mówiąc, nie dotarłem w rozsądnej cenie, a że nie przepadam za kinem, to praktycznie nie znam...
Zresztą nie lubię fantasy i nie o to mi w tym opowiadaniu chodziło. Opierałem się na opowiadaniu mojej babci, tyle, że wprowadziłęm pewne zmiany (w rzeczywistości chłopi zatłukli rolniczymi narzędziami bliżej niezidentyfikowanego mieszkańca leśnej lepianki w okolicach Łodzi (podobno profesora, który się zniechęcił). Chyba za śmierć jakiegoś dziecka, ale tego moja babcia pewna nie była (ja myślę, że za kolaborację). I działo się to w czasie okupacji- zmiana była mi potrzebna, żeby się wszystko trzymało kupy).
No, może to były duże zmiany. Smile
Odpowiedz
#4
No.... całkiem spore :]
Bo z wolnością jest jak z kołdrą, pod którą się śpi ze wszystkimi na jednym łóżku.
Każdy chciałby mieć ją tylko dla siebie, ale jak za mocno ją pociągnie
to osobie z drugiej strony jest zimno.
Odpowiedz
#5
romcio napisał(a):czarownik zauważył szansę ucieczki w zamieszaniu, jakie pewnie wywiązałoby, gdyby chłopi zdążyli dojść.
Hardcore! Stymulująca wyobraźnię wizja. Należy tylko pamiętac, że jak chłopi dojdą to niekoniecznie znajdzie się szansa ucieczki, czy - z czeska bardziej - wycieczki.
Pozdrawiam,
M.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości