Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Mur
#1
Ponieważ jubileusz 25-lecia powstania Solidarności stał się okazją do prezentacji w mediach i nie tylko, ogromu materiału faktograficznego i artystycznego związanego tematycznie z tą rocznicą i szeroko pojętą walką z komuną, to grzebiąc w swoich szufladach znalazłem coś co jak myślę, właściwie wpisuje się w ten ogólnie panujący klimat i postanowiłem to w związku z tym zaprezentować. Dodatkową motywacją jest dla mnie fakt, iż gros bywalców tego forum to ludzie młodzi, którzy siłą rzeczy tamte czasy kojarzą słabo lub wcale. Przez pokazanie tego tekstu, chciałem więc nieco przybliżyć, w szczególności Wam, bardzo młodym ludziom, jakie emocje i uczucia towarzyszyły przynajmniej, jak sądzę, jakiejś części tamtego pokolenia. Być może lektura tego opowiadania skłoni Was do jakichś refleksji odnośnie współczesności, rozterek jakie przeżywacie obecnie, w zupełnie innej rzeczywistości? Tego nie wiem, ale zachęcam do lektury i ewentualnej dyskusji. Cofnijmy się zatem 17 lat wstecz...

Mur


- Jak myślisz będzie coś z tego? – zapytałem Michała
- Nie wiem, ale myślę, że skoro rzucali bibułę... pójdziemy, zobaczymy. Przecież nic nie ryzykujemy – dodał po chwili namysłu
Ciągle czułem ten dręczący dreszczyk emocji powodujący niepokojące drżenie w całym ciele. Starałem się nie myśleć o tym co nas czekało, ale wszelkie próby odwrócenia biegu myśli kończyły się fiaskiem i powodowały kolejne ataki rozdygotania. Czy tak czuli się rewolucjoniści?
- Wiesz dlaczego tam idę!? – wybuchnął nagle – bo mam dosyć tego ciągłego oczekiwania aż coś się raczy wydarzyć. Mam prawie dwadzieścia lat, i co przeżyłem? Gówno! Chcę wreszcie w czymś uczestniczyć naprawdę, zadecydować o czymś ważnym. Pragnę czegoś co zmusi mnie do jakiegoś wysiłku czy okazania minimum odwagi
- Szukasz mocnych wrażeń? – zapytałem
- Niech ci będzie że tak. Ale nie myśl sobie, że szykuję się na jakiś western i chcę się zabawić czyimś kosztem. Myślisz, że nie wiem, że to nie jest zabawa !? A zresztą...
- Przestań! Mnie nie musisz nic tłumaczyć – ostudziłem go, ale sam właściwie nie wiedziałem co mam właściwie odpowiedzieć. Co mnie tam gnało ? Na brak mocnych wrażeń nigdy nie narzekałem. Patriotyzm ? Może coś z niego było, ale nie śmiałem oszukiwać sam siebie.
Szliśmy milcząc. Ludzie mijali nas obojętnie. Patrzyłem w niebo. Wiosenne, poszarpane chmury pędziły poganiane podmuchami wiatru. Co jakiś czas słońce filuternie wychylało się spoza buroszarych obłoków. Nabija się ze mnie skubane – pomyślałem i uśmiechnąłem się w duchu.
Stanęliśmy przed gmachem KUL-u. Michał rozejrzał się po ulicy, smutnym spojrzeniem ogarniając przestrzeń jezdni i chodników, na których ludzie roili się i tasowali jak stado owadów. Zwykły powszedni dzień. Spojrzał na mnie i wyciągnął rękę. Uścisnąłem ją jak mogłem najmocniej. Weszliśmy do środka.

* * *

Staliśmy w hallu, zaciągając się dymem „Extra – mocnych”. Wokół zbierały się coraz liczniejsze grupki studentów. Czułem się jak przed seansem w kinie. Głośne rozmowy, śmiechy, ogólny rozgardiasz. Dwóch studenciaków mocowało transparent na masztach od namiotu. Trzej inni naciągali biało – czerwoną flagę z napisem KUL, na coś co do złudzenia przypominało kij od szczotki.
Wkrótce ruch znacznie się wzmógł. Ludzie zaczęli wychodzić na KUL - owski dziedziniec. Wmieszałem się w tłum. Michał za mną. Na zewnątrz budynku utworzyła się już zwarta kolumna. Transparenty poszły w górę. Ujrzałem znajome napisy, które zaczerwieniły się ponad głowami. Obejrzałem się. Gęsty tłum wciąż wylewał się z budynku. Uspokoiłem się. Chłonąłem ten sen aż do krwi....
Michał został gdzieś z tyłu. Nie mogłem go znaleźć. Przynajmniej nie zasieje we mnie tej swojej zapalczywości – pomyślałem, ale mimo wszystko odczuwałem jego brak. Na razie wszystko wyglądało niewiele lepiej niż pierwszomajowa sielanka. Nie czułem uniesienia. Nie potrafiłem się zjednoczyć z tymi ludźmi. Nie byłem jednak wyobcowany. To był jakiś stan pośredni, nijaki. Z zamyślenia wyrwał mnie krzyk:
- Chodźcie z nami ! Chodźcie z nami ! – wydarło się z trzech setek gardeł
Byliśmy już na Akademickiej. Głos niósł się donośnie. Ludzie wracali z pracy. Przechodzili jakby zawstydzeni, niektórzy ciekawi, inni o twarzach bez wyrazu.
- Chodźcie z nami ! Chodźcie z nami ! – ponowny okrzyk rozpostarł się nad tłumem.
Na chodniku stała kobieta z malutkim dzieckiem na ręku. Płakało. Kobieta pocałowała swoje maleństwo i przyłączyła się do maszerującej kolumny. A szli w niej tylko młodzi. Gdzieniegdzie wąsata czy brodata twarz, tu i ówdzie dziewczęca buzia, często oblicze takie jak moje – nieopierzonego młokosa.
- So – li – darność ! So – li – darność ! – wrzasnęły uśpione przez chwilę krtanie. Ja nie krzyczałem. Strach przed usłyszeniem własnego głosu ? Brak przekonania ? Jak bardzo chciałem krzyczeć......
Zbliżaliśmy się do rektoratu. Ludzie gapili się jak na cyrkowców. Staruszka niosąca dwie ciężkie siaty z zakupami, przycupnęła przy krawężniku jak przestraszony zajączek.
- Chodźcie z nami - jęknęło coś we mnie głucho i zapadło w otchłań płuc.
Drżącymi palcami wyjąłem papierosa. Zapaliłem. Trząsł mną znów ten wewnętrzny dygot. Coś rozsadzało każdą myśl zanim zdążyła się skrystalizować. Słowa pchały się do ust. Wargi były nieme.
- Nie ma wolności ! Bez Solidarności !
- Nie ma wolności ! Bez Solidarności ! – biły kulami słów jak działa młodzieńcze gardła, a dźwięk rozbijał się o mury domów i uszy przechodniów.
Grupki dzieci przebiegały wzdłuż naszej kolumny. Malcy przekrzykiwali się nawzajem głosami pełnymi przejęcia. Niech się uczą – przemknęła gorzka myśl. Budynek rektoratu ukazał się nam w całej pełni. W jego okolicy stało kilkadziesiąt grupek młodych ludzi. Na nasz widok podnieśli radosny tumult. W kolumnie większość pięści poszła w górę.
- NZS ! NZS ! NZS ! – bluzgały gardła najgłośniej jak tylko mogły.
Czułem siłę tego krzyku. W oknach i na chodnikach pełno ludzi. Ani jednej suki, ani jednego zomowca. Weszliśmy na plac. Skłodowska – Curie patrzyła na nas z wysokości cokołu. Miała bezradnie opuszczone ręce. Tak jak ci co obserwowali nas z okien i chodników. Rozformowaliśmy szyk i otoczyliśmy pomnik. Około pół tysiąca młodych głów. Ani jednej siwej. Na schodkach pod pomnikiem stanął młody człowiek. Wystawał nieco ponad tłum. W jego ręku zobaczyłem papier. Zaczął czytać. Dowiedziałem się, że jestem tu po to by uczcić pamięć tych , którzy przed dwudziestu laty robili to samo co ja robię teraz. Dowiedziałem się, że studentów nie poparli robotnicy. Dowiedziałem się w końcu tego co mogłem zobaczyć rozejrzawszy się dookoła. W sumie dalej nie wiedziałem nic. Skończył. Cisza jak makiem zasiał. Po chwili, cichutki, potem głośniejszy, a w końcu donośny głos zaintonował:
- Jeszcze Polska nie zginęła.....
Niektórzy podchwycili melodię, wkładając w śpiew pełnię swych głosowych strun i całą czerwień serca. Inni nucili pod nosem, jeszcze inni oglądali sznurowadła. Cała ta gruba, ciasna membrana, która ściskała mnie gdzieś we wnętrzu, pękła pod naporem gorzkiej krwi. Rzuciłem swój głos na szalę tej wagi, która niebezpiecznie przechylała się na stronę przeciwnika.
- Marsz marsz Dąbrowski... – zachrypiałem i spojrzałem w niebo.
Wydawało mi się, że od tego mojego rozpaczliwego krzyku pojaśniało słońce. Ale nie, zaszyło się gdzieś w poduszki chmur. Stchórzyło wredne – pomyślałem.

* * *

- So – li – darność ! So – li – darność ! – kipiały krtanie, wrzątkiem słów parząc uszy przechodniów przemykających pod ścianami domów.
- So – li – darność ! – wrzeszczałem czując, że przynosi mi to wielką ulgę i autentyczną radość.
- Widzę, że chcesz zdać maturę – usłyszałem gdzieś z boku.
Kumpel ze szkoły. Z trzeciej klasy chyba. Uśmiechał się pod nosem, ale bynajmniej nie złośliwie.
- Daj spokój, kto w takiej chwili myśli o maturze – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Ale w końcu on chciał tylko zażartować. Mogłem wzruszyć ramionami.
Od czoła usłyszałem odgłos jakiejś pieśni. Poznałem. To Kaczmarski. Podchwyciłem bez zastanowienia.
„Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat...”
Jak cudownie było to śpiewać na ulicy, a nie w domu do czterech ścian i piątych drzwi. Dopiero teraz mogłem czuć te słowa, tą melodię i naprawdę czerpać z nich siłę. Wracaliśmy też Akademicką . Gdy przechodziliśmy koło bocznego wejścia do KUL – u, nasz pochód dziwnie się rozmemłał i zakotłował. Ci co byli na przedzie, oglądali się czy idą ci z tyłu. Zrozumiałem. Przed nami już tylko Racławickie. Główna arteria tego cholernie dużego miasta. Boją się. Ryzyko jest duże, chociaż jak do tej pory ani jednego niebieskiego munduru. Ale oni wiedzą. Muszą wiedzieć. Większość przystanęła niezdecydowanie. Część skręciła w bramę KUL – u. Kilku ludzi przedarło się z tyłów. Przywódcy - przemknęło mi pod czaszką.
- No co jest ! Już wam się znudziło !? – krzyknął jeden z nich. Transparenty ponownie wyszły na czoło.
- NZS ! NZS ! – zaintonował ktoś.
Kilkanaście głosów poparło go ochoczo. Wszystko jakby wracało do normy. Wkroczyliśmy w Racławickie. Przesunąłem się do przodu. Chciałem wszystko widzieć. Ludzie zgromadzeni na przystankach patrzyli ze zdziwieniem.
- Nie ma wolności ! Bez Solidarności !
- Nie ma wolności ! Bez Solidarności ! – skandował chórem korowód.
Tak jakby duch odżył w tłumie. Nie czułem jednak jego poprzedniej siły. Zapanowało onieśmielenie i niepewność. Wtedy coś mi zamajaczyło na niebiesko. Jakieś dwieście metrów przed nami. A więc są – pomyślałem. Chyba z dziesięć suk stało wzdłuż ulicy i pluton zomowców na naszej drodze.
- Urban do ZOO ! – wrzasnął przeraźliwie jakiś głos za mną
Ci co usłyszeli, roześmiali się serdecznie. Ja też, ale bez zwykłej swobody. Przystanęliśmy. Na czele trwały narady. Po chwili ruszyliśmy, ale miażdżyła mnie ta niepewność w spojrzeniach, ten strach , to oglądanie się. Do cholery ! Do cholery jasnej ! Byliśmy tacy słabi. Tacy śmieszni i dziecinni. Żal wypływał ze mnie gorzką strugą. Zatrzymaliśmy się trzydzieści metrów od nich. Stali spokojnie. Oni wiedzieli, że się nie odważymy. Czuli naszą słabość. Długie gumowe pały, ochronne szyby na twarzach, petardy przymocowane do pasów. To robiło wrażenie. Na nas. Na takich szczeniakach.
- Rzućcie Pały ! Przebaczamy !
- Rzućcie Pały ! Przebaczamy ! – to były ostatnie podrygi
W perspektywie przezierał przez drzewa budynek. Na jego dachu czerwień i biel kołysały się w rytm podmuchów wiatru. Dom partii. Nie chcieli nas tam puścić. Wszystko straciło sens. Za wysoka cena. To nie był czas na Grunwald.
- Widzisz tych skurwysynów ! Widzisz ich ! To oni... mojego ojca... – usłyszałem obok. To był głos dziewczyny. Płakała. Łkając przytuliła się do koleżanki
Spuściłem głowę i bezmyślnie wpatrywałem się w topiącą się breję pod moimi nogami. Atmosfera znikła. Popatrzyłem dookoła. Po drugiej stronie ulicy zebrało się sporo gapiów. Zdawało mi się, że wśród nich zobaczyłem Michała. Ruch wstrzymano. Jeździła tylko komunikacja. Gdzieniegdzie ktoś pomachał nam z przejeżdżającego pojazdu. Okrzyki zamilkły. Przywódcy dali sygnał do rozejścia się. Zawróciłem i zacząłem przepychać się między ludźmi. Prawie uciekałem. Jak kundel z podwiniętym ogonem. Znalazłem się na przystanku. Od razu przyjechał trolejbus. Wsiadłem. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
„A mury rosły rosły rosły, łańcuch kołysał się u nóg...” – zaśpiewało gdzieś we mnie. Przywarłem czołem do szyby. Zaczęło padać. Zamknąłem oczy. Pomyślałem o czekającym mnie obiedzie i nie napisanych wierszach....
Ragnar Lodbrok

Lublin, marzec 1988
Być wciąż spragnionym - to nektar istnienia.
Odpowiedz
#2
Przeczytałem.

Wydaje mi sie jednak że młodzież (w tym ja) nigdy nie zrozumie co to znaczy solidarność, jakie jest uczucie podczas takich masowych demonstracji. Nie wiem czy koncert rockowy, daje chociaż setną część tego uczucia. Nie wiem czy na szczęście ale wydaje mi się że nie poznam jak to jest być wśród tych 500, 1000, czy 10000.
Oczywiście zawdzięczamy tak wiele "Solidarności"...

Zawsze zastanawiałem się czy ja wziął bym udział w strajkach, drukowaniu ulotek, całej walce o wolność. Teraz wiem (a może tylko mi się wydaje), jak nie wiele potrzeba było strachu by stać po drugiej stronie... z pałą, za tarczą. Perspektywa "syzyfa", więzienia i innych tego typu pomniejszych tortur (chociażby te zaobserwowane na filmie "Zawrócony"). Nie wiem czy miałbym tak wiele siły, szczególnie wtedy gdy strajkujący byli prawie szaleńcami. Sumując wszystko wydaje mi się że nie mógłbym wytrzymać tego zakłamania, absurdów...

Lodbroku, rozumiem, że to Ty jesteś autorem tego tekstu? Czy on odnosi się do wydarzenia z 1988 roku?

Pozdrawiam
Odpowiedz
#3
Na oba pytania odpowiadam twierdząco Smile .
Być wciąż spragnionym - to nektar istnienia.
Odpowiedz
#4
Więc troszke mnie to dziwi Wink

W roku 1988 chyba nie było takiego strachu? Jak to mówią niektórzy "Odwaga staniała"...

Więc to podniecenie i strach towarzyszyły "wam" niezależnie od sytuacji politycznej?
Odpowiedz
#5
Napisałeś Filipie: "W roku 1988 chyba nie było takiego strachu?" Ja uciekam od obiegowych opinii. Prawie zawsze jest jakiś strach bez względu na czas i okoliczności. Kiedyś włóczyłem się w nocy po mieście, po rozmaitych dzielnicach i nie przyszło mi do głowy żeby się czegoś bać. Teraz taki chojrak nie jestem bo coś jednak w otoczeniu i we mnie się zmieniło. Młody człowiek przeważnie podchodzi do wszystkiego niezwykle emocjonalnie a impulsywność jego przeżyć jest naprawdę spora. Ja żadnym opozycjonistą nie byłem ale jak wielu w tym wieku tęskniłem za tym by uczestniczyć w czymś co jest zarówno fascynujące, jak niebezpieczne i usytuowane po tej "dobrej: stronie.
Patrząc z perspektywy czasu, uważam, że umiejętnie w naszym pokoleniu strach podsycano. W domu (przynajmniej u mnie), w szkole. On być może miał niepotrzebnie wielkie oczy ale my nie byliśmy na tyle dojrzali żeby to dostrzec i zawsze sobie z tym poradzić. Niektórzy walczyli z tym uczuciem, niektórzy mu się poddawali. Ale być może z Waszej perspektywy wygląda to nieco śmiesznie, dziwnie. Właśnie dlatego jestem ciekawy Waszych opinii, odczuć. Pozdrawiam.
Być wciąż spragnionym - to nektar istnienia.
Odpowiedz
#6
Śmiesznie - napewno nie.

Dziwnie - owszem, bo ja jade właśnie na ogólnej opinni. Rok 1988 to już powazny schyłek komunizmu w Polsce, dlatego mnie dziwiły te emocje, oczywiście wszystko w sensie pozytywnym. Zastanawiam się w takim razie co czuli ludzie w 1968 i w okresach gdy władza komunistyczna jeszcze chciała się trzymać ( miała czym rządzić i bała się Moskwy).
Opinię buduje na podstawię moich wyobrażeń... rzeczywistości nie znam urodziłem się trzy miesiące później... Nie wiem jak wtedy było.

Pozdrawiam
Odpowiedz
#7
Ja urodziłem się ledwo cztery lata wcześniej i z tych ważnych rzeczy nic nie pamiętam. Ale wcale mnie to nie śmieszy i zdaje mi się, że coś rozumiem. Bo niby skąd ta niewielka skądinąd grupa studentów, do której przechodnie bali się przyłączyć, miała wiedzieć, że już tak blisko koniec tego wszystkiego? Może to już się chwiało, może sprawy wyglądały lepiej, ale czy ktoś w tej grupie wiedział, że jeszcze tylko rok czy półtora?

Lodbroku, dziękuję ci bardzo, że to opowiadanie zamieściłeś, bo ja przez chwilę poczułem się, jakbym tam był.
Tylko poczucie humoru nas może ocalić.

"Kaczmar nie wygrałby "Nadziei". Kaczmar nawet by się nie zakwalifikował ze względu na brak elementu autorskiego." - Zeratul
Odpowiedz
#8
Rzeczywiście trafiłeś w klimat z tym opowiadaniem, Mogę sobie przynajmniej jakoś wspomóc wobraźnię, by oddać panującą wtedy sytuację, bo sam jestem o dobre conajmniej kilka lat za młody.
Bo z wolnością jest jak z kołdrą, pod którą się śpi ze wszystkimi na jednym łóżku.
Każdy chciałby mieć ją tylko dla siebie, ale jak za mocno ją pociągnie
to osobie z drugiej strony jest zimno.
Odpowiedz
#9
michalf napisał(a):Bo niby skąd ta niewielka skądinąd grupa studentów, do której przechodnie bali się przyłączyć, miała wiedzieć, że już tak blisko koniec tego wszystkiego? Może to już się chwiało, może sprawy wyglądały lepiej, ale czy ktoś w tej grupie wiedział, że jeszcze tylko rok czy półtora?


Zwróciłeś uwagę na ważną rzecz Michalfie. Rzeczywiście, wtedy chociaż niemal każdy chciał zmian to nikt tak naprawdę nie wyobrażał sobie jak one mogą wyglądać i że nastąpią tak szybko. Kontestowało się rzeczywistość, wyśmiewało system czy nawet go nienawidziło ale od takich uczuć do wiary w calkowite zwycięstwo było raczej daleko...
Cieszę, się Michalfie i CeCe z Waszej reakcji bo utwierdza mnie ona w przekonaniu, że warto było ten tekst na forum zamieścić Smile .
Być wciąż spragnionym - to nektar istnienia.
Odpowiedz
#10
Ja również cieszę się, że zamieściłeś to opowiadanie lodbroku. Confusedpoko:
Dla mnie, który podobnie jak przedmówcy, nie pamięta już tamtych czasów, istotne jest takie "świadectwo zwykłego człowieka" - zwłaszcza, że coś takiego bardzo trudno "oficjalnie" (czyli w materiałach publicznie "dostępnych") znaleźć :|

Pozdrawiam
Zeratul
[size=85][i]Znaczyło słowo - słowo, sprawa zaś gardłowa
Kończyła się na gardle - które ma się jedno;
Wtedy się wie jak życie w pełni posmakować,
A ci, w których krew krąży - przed śmiercią nie bledną.[/i][/size]
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości