Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Co tak mało? Dam coś dziwnego...
#1
Pisałem z nudów, zero stylistyki i tym podobnych rzeczy. "Kto chce, ten niechaj czyta, kto nie chce, niech nie czyta, nam na tym nie zalezy, więc wypijmy jeszcze!" :beer:

1. O prawach bycia, o nazwie nie będącej nazwą i przyjaźni.

Sobie było. W tym, że było, nie było nic dziwnego. Wszystko może sobie być, a nawet sobie żyć. Więc miało też przyjaciół, którzy też byli, bo każdy ma prawo być i mieć przyjaciół lub być przyjacielem. Było jak to, o czym myślisz jedząc swoje ulubione danie. Bardzo się nudziło. Jedno z przyjaciół dało mu kilka. Następnie zostały rzucone tam. Dbało o nie bardzo. Minęło wiele i one urosły. I wtedy one też były, bo każdy ma prawo być, mieć przyjaciół i rosnąć. Więc było ich przyjacielem. A kiedy znikneły, bo każdy ma prawo być, rosnąć, mieć przyjaciół, a potem znikać, nadal było ich przyjacielem, bo każdy ma prawo być czyimś przyjacielem. Tam gdzie było, nie było nazw. Nic nie miało nazw, nawet nazwa nie była nazwą, ponieważ nie miała nazwy. Co nie zmienia tego, że nazwa była, jak wszystko było, bo wszystko miało prawo być, tylko nie była nazwą - po prostu była. Pytasz więc, jaka jest nazwa tego o czym opowiadam? Nie wiem, bo tam nic nie ma nazwy, a czy można powiedzieć coś, czego nie ma? Owszem, nie można, co nie zmienia faktu, że nazwa taka jest, ale po prostu jest i nie jest nazwą, bo wszystko ma prawo być, a co za tym idzie ma prawo czymś nie być. Najczęściej jest też tak, że jak się jest, bo ma się prawo być, to się chce jak najwięcej mieć, bo się sądzi, że ma się prawo wszystko mieć. Myślało też tak kiedyś. Razem z przyjaciółmi znalazło to. To było jak nic innego, co kiedykolwiek widzieli. Wiesz jak wygląda to, czego najbardziej pragniesz? Powiadasz, że wiesz, ale naprawdę to nie wiesz, bo to, czego się najbardziej pragnie, zawsze jest ukryte i nie da się tego zobaczyć. Ale z pewnością wiesz, jak to jest, kiedy się myśli, że się to coś znalazło. Kiedy to znaleźli właśnie tak samo pomyślało. I chciało to dla siebie, tylko dla siebie. I to zabrało. Zostawiło przyjaciół, bo myślało, że ma prawo to mieć tylko dla siebie. I było samo z tym czego chciało. Minęło mało i z dnia na dzień coraz mniej chciało to mieć. W końcu całkowicie znielubiło to i wyrzuciło. I wróciło do przyjaciół i przeprosiło, bo każdy ma prawo do popełnienia błędu. Przyjaciele wybaczyli, bo jak ktoś jest przyjacielem, to właśnie po to nim jest. I było dobrze. A tego, czego chciało już nigdy nic nie znalazło. Zauważyłeś, że mówię tylko o przyjaciołach? Że nie ma wrogów ani obojętnych? A może ich nie ma? Pewnie, że są, bo przecież mają prawo być, a także nie być przyjaciółmi. Tak naprawdę to bez nich nie byłoby przyjaciół, tak jak nie byłoby dnia bez nocy. Właściwie, gdyby nie było wrogów, to czy ktokolwiek wymyśliłby słowo "przyjaciel"? Sądzę, że nie. Tak czy siak, tam byli, mimo, że wcale tak się nie nazywali. A jeżeli byli, to byli też inni. Jeżeli więc przyjaciele istnieją dzięki wrogom, to powinniśmy się cieszyć, że mamy wrogów. Ono miało przyjaciół, ale wcale się nie cieszyło, że miało wrogów. Nie lubiło ich, jak oni nie lubili tego. Był taki czas, że sądziło, że ma samych wrogów. Czuło wtedy strach, straszny strach, chociaż nie wiedziało, co czuje, bo nie miało przecież nazwy. Mimo to czuło, bo przecież każdy ma prawo się bać. Im dłużej się bało, tym bardziej się bało a im bardziej się bało, tym bardziej bało się szukać przyjaciół. A jak nie miało przyjaciół, to bało się dalej. Na szczęście przyjaciele są tacy, że często sami Cię znajdą i dadzą kilka, które potem urosną. A teraz zadam Ci zagadkę. Tam, gdzie to jest, jest coś, bo ma prawo być, ale bez tego nic by nie mogło być? Zastanów się chwilę. Odpowiedź tkwi w opowiadaniu. Nie wiesz? Jak nie, to Ci powiem. Jest to prawo do bycia, mimo, że tam przecież nim nie jest. Jeżeli zgadłeś, to wiesz na jakich zasadach działało tam życie.

2. O tamtejszych lewach i o tzw. wolności

Dotychczas pisałem o tym, jakie są prawa. Niestety jak jest i prawo to musi być i lewo. Mówi się, że ptak jest wolny, a przecież jest całkiem szybki. Nie istnieje takie coś jak wolność, która oznacza mniej więcej: "można wszystko". Już prędzej istnieje coś takiego jak "chcieć, znaczy móc", a przecież tak tez nie ma. No ale sądziło, że tak jest. Więc jak zachciało mu się trzymać w klatce, to wzięło klatkę i trzymało tam. Mijał czas i jak się okazało tamto nie mogło żyć w klatce, zniknęlo. W zamian zostało dużo żalu i pretensji do siebie. Chcieć znaczy móc, kiedy móc nie znaczy nie chcieć dla kogoś innego. I prawem też było tam w taki sposób postępować, no i było dobrze. Lewo zaczęło się wtedy jak postanowiono, że to co można móc i to czego nie można móc zostanie sprecyzowane. Kiedy to już wymyślono, wymyślono również, co każdy powinien robić i co musi robić. Niby każdy robił to samo co zawsze, ale już teraz móc równało się powinno albo musieć, a nie chcieć. Takie życie nie było przyjemne. Co niektóre nie chciało się również przystosować i łamało to całe wymyślane prawo na złość, co prowadziło do tego, że ich móc równało się nie chcieć dla kogoś innego. W ten sposób coś co miało służyć temu, by było lepiej, zaczęło niszczyć to, gdzie to się działo. To jest akurat teraz, więc nie wiem, jak to się skończy. Kiedy się dowiem, to na pewno powiem. Ale zacząłem rozpisywać o tym co działo się tam, a ja chciałem opowiadać o tak zwanej wolności. Bo z tym co niektórzy nazywają wolnością należy uważać. Bo z nią jest jak z kołdrą, pod którą się śpi ze wszystkimi na jednym łóżku. Każdy chciałby mieć ją tylko dla siebie, ale jak za mocno ją pociągnie to osobie z drugiej strony jest zimno. Trzeba więc dzielić się nią równomiernie, tak by każdy mógł się wyspać. Bo przecież każdy ma prawo spać, bo bez tego nie mógłby być, a do tego ma prawo. A jeżeli jest się czyimś przyjacielem, to czasem trzeba trochę tej kołdry oddać, jeżeli będzie mu bardziej zimno, niezależnie od tego, jak to wpłynie na Twój sen. Dlatego zamiast trzymać w klatce, powinno dać żyć tam gdzie tamto chciało, mimo, że w ten sposób mogłoby je stracić. Pytasz się więc, kiedy chcieć naprawdę oznaczałoby móc niezależnie od niczego? Gdybyś na tym łóżku był sam i cała kołdra byłaby wtedy tylko dla Ciebie, albo gdybyś wszystkim tę kołdrę zabrał, albo gdybyś ich z tego łóżka skopał. Tak czy siak byłbyś wtedy pod nią sam, a co to za frajda spać pod taką dużą kołdrą samemu? Do tego doprowadziło, zamykając tamto w klatce. Zostało same i wcale się z tego nie cieszyło. Na szczęście miało jeszcze przyjaciół, których nie zamknęło i na pewno tego nie zrobi. Zadam Ci kolejną zagadkę. Co w wolności (jeżeli by istniała) jest niepotrzebne? Jeżeli nie wiesz to przeczytaj jeszcze raz uważniej początek tekstu o wolności. Jeżeli nie wiesz to Ci powiem, a jak wiesz to i tak Ci powiem, żebyś wiedział, że na pewno wiesz. Niepotrzebne jest to, że można móc, tego czego się nie chce móc. To taka subtelna różnica, którą można czasem odczuć. Na szczęście rzadko dość.

3. O potędze i potrzebie tego co się traci lub zmienia oraz dalszy ciąg tamtejszych lewów.

Po co to było? Dużo rzeczy jest, tylko nie wiadomo po co? Miało prawo być, ale po co z niego korzystać? Każdy ma takie coś. Zazwyczaj najpierw jest to coś bardzo małego albo bardzo dużego, tak dużego, że nie można tego wręcz objąć umysłem takim, jaki posiada później ta sama osoba i przestaje istnieć. Ale to bardzo małe to da się objąć, tylko, ze to rośnie wraz z czasem, jak apetyt w miarę jedzenia. I tutaj znowu może przestać rosnąć w pewnym momencie i jak się to zdobędzie, wcale się nie chce żyć. Może też urosnąć tak duże, że będzie się mogło za tym całe życie iść. Może też Cię przerosnąć, a wtedy ciężko przetrwać. Najlepiej chyba zrobić tak, zeby cały czas powoli równomiernie rosło i starać się nie zapomnieć jak objąc to drugie. Bo tego brakuje chyba dorosłym, właśnie tego drugiego. Bo nie wszystko musi być prawdziwe, żeby było piękne. Czasem wystarczy, by coś w ogóle było, a nie, żeby móc je czuć, widzieć, słyszeć, nazywać czy cokolwiek z tym robić. Jak czytasz te słowa to, czy zrobiłoby Ci różnicę, gdybym napisał, że wszystko co masz przed oczyma nigdy się nie wydarzyło i dzieje się tylko w mojej głowie, która być może już do najnormalniejszych nie należy? Sądzę, że nie byłaby to zbyt wielka niespodzianka. Według mnie na tym się opiera się potęga rzeczy zrodzonych w głowach innych, a nie istniejących w tzw. rzeczywistości, że są one dla dorosłych tym, co mieli będąc jeszcze dziećmi, a dla dzieci tym, co jest ich największym skarbem, który niedługo może zostać utracony. Wracając jednak do tego miejsca, które zostało stworzone przez moją być może nie do końca normalną już głowę, to odkąd wymyślono prawa, obowiązki itp. i wszystko zaczęto przyporządkowywać, stworzyły się dwie grupy, takich, którzy się podporządkowali i takich, którzy jak się można było spodziewać nie zgadzali na następujące zmiany. Najgorsze jednak było to, że żadna ze stron nie miała racji. Ta stojąco po stronie nadawania nazw zburzyła szczęście, które dotychczas panowało, zaś ta druga chcąc walczyć o nie, w teorii dobra i szlachetna odrywając się od ogółu również przyjęła nazwę i stała niczym innym, jak lustrzanym odbiciem swoich przeciwników. Z początku obie rewalizujące grupy podzieliły po prostu między siebie całe tamto miejsce i chciało na siłę pokazać, że ma lepiej od konkurentów. Wyglądało to dość śmiesznie:
1) grupa będąca za prawami, nazwami i obowiązkami nawaliła ich sobie na głowę jeszcze więcej i mimo tego, że to ich unieszczęśliwiało, udawała jak to oni są zadowolonie z takiego życia. Został tam nawet wybrany przywódca, na okazję tę musiano szybko wymyślić słowo "przywódca", co pokazywało jaką potęgę mają nazwy. Jedna takie nazwa wystarczyła, zeby każdy się go słuchał i wykonywał jego polecenia. Co najciekawsze on nie miał żadnych obowiązków itp., co było przecież wizytówką rywali;
2) grupa konkurująca obalała wszystkie nazwy i nawet nie posługiwała się mową. Zrobił się tam taki bałagan, że nikt nie był zadowolony, ale mimo to utrzymywano ten stan rzeczy. Tutaj również był ktoś na wzór przywódcy, ale, że on nie miał prawa wydawać żadnych poleceń, był cały czas zawalony obowiązkami w odróznieniu od ogółu.
Skończyło się na tym, że jedna grupa tak zazdrościła drugiej i na odwrót, że w obu ugrupowaniach powstały mniejsze grupki będące za obaleniem panującego w swojej grupie ustroju. Ale te podgrupy również znalazły wrogów i powstały podgrupy podgrup, z których każda miała swojego niby przywódcę działającego na zasadach odwrotnych niźli w prowadzonej przez siebie grupce. Wynik końcowy był oszałamiający. Oba głowne ugrupowania składały się z przywódców i obywateli w stosunku 1:1, z czego wychodzi, ze połowa całej grupy działała na zasadach panujących w drugiej grupie. Podjęto próbę wymienienia się przywódcami, co doprowadziło jedynie do tego, ze jeszcze bardziej namieszano obywatelom w głowach. Jak narazie ogólny zamęt nie daje przewidzieć swojego końca: "pożyjemy - zobaczymy". Co ma to wspólnego z tym, o czym pisałem na wstępie? Najlepiej jest na początku, nie powinno się zmieniać tego, co dobre, a z pewnością nie powinno się tego tracić. A gdyby ktoś nie domyslił się o co mi chodziło, to było to marzenie.

4. O tym, jak się znajduje przyjaciół...

No takiego bałaganu to jeszcze nie widziałem. Połowa leży, połowa biega, a żadne z nich nie wie, czy dobrze, że biega, czy nie powinno leżeć i na odwrót. W takim razie skorzystam z okazji braku rzeczy do opisania, rozwinę jedną z poprzednich historii. Pisałem o tym, jak tamto szukało przyjaciół i za bardzo mu to nie wychodziło, ponieważ się bało. No, do końca prawdą to nie jest. Nie tyle strach przeszkadzał, co inni. Jak tylko spotkało kogoś, kto wydawał się odpowiedni na przyjaciela, próbowało nawiązać z nim jakiś bliższy kontakt. Starało się bardzo, nawet bardziej, poświęcało cały czas tamtemu. Robiło wszystko, by choć trochę je polubiło. Mijało trochę czasu i działo się coś dziwnego. Mianowicie, tamten ktoś zamiast polubić tamto zaczynał go unikać, więc efekt był mniej-więcej odwrotny od oczekiwanego. Zamęt jaki powstawał wtedy w tamtym można porównać tylko do tego, co mam przed oczyma. Mimo to się nie poddawało. Jeszcze bardziej się starało. Doprowadziło to do tego, że zamiast przyjaciela zyskiwało sobie wroga. Nie wiedziało, dlaczego tak się dzieje. Odkąd sięgała jego pamięć, zawsze było same, nawet znało tego powód – po prostu było inne. Nie to, żeby lepsze, czy gorsze, tylko inne. Tak jak się różnią od siebie dwa rodzaje czekolady, równie smaczne, ale każde w inne sposób. Jeżeli osoby, które znało były czekoladą mleczną to ono było czekoladą z orzechami. Teraz może by ktoś powiedział, ze było po prostu oryginalne, ale wtedy nikt tego tak nie ujmował, a już z pewnością nie ono. A było i jest jeszcze czasem niestety tak, że każde siebie uważa za najlepsze i to, co jest inne, jest gorsze. Nie lubili się zadawać z czymś „gorszym”. Tak nie powinno być... Siebie jest w sam raz, czasem nawet za dużo, po co szukać więcej w innych? Jak się patrzysz w oczy kogoś, do kogo coś czujesz, to co jest dla Ciebie ważniejsze: ich kolor i wyjątkowość czy Twoje odbicie w nich? Sądzę, że to pierwsze. Nawet jestem tego pewien. Tak samo powinno się patrzeć na innych, poszukiwać tej wyjątkowości i jej dobrych stron.
Dalszy ciąg się już zgadza. Tamto się coraz bardziej bało, tak bardzo, że nie podejmowało już z tego strachu kolejnych prób poszukiwań. Najgłupsze jednak okazało się to, że dopiero wtedy zostało zauważone, jak przestało się starać... Do dzisiaj ani ono, ani ja, nie wiemy, na jakiej zasadzie to działa. Chyba chodzi o to, że najwartościowsze wydaje się wszystko, co się straciło albo jest ciężkie do zdobycia. A przecież się nie zmienia (chyba). Straszna głupota. Ale to każdy jest mniej lub więcej głupi, więc można to wziąć za normalkę i może kiedyś o tym więcej napiszę.

Nie mam żadnego talentu literackiego. :oops: Niektórym moim znajomym się podoba Big Grin . Umieściłem to po to, by inni zaczęli swoje dzieła tu pokazywać. Pokażcie, na co Was stać. Confusedpoko:
Bo z wolnością jest jak z kołdrą, pod którą się śpi ze wszystkimi na jednym łóżku.
Każdy chciałby mieć ją tylko dla siebie, ale jak za mocno ją pociągnie
to osobie z drugiej strony jest zimno.
Odpowiedz
#2
CeCe napisał(a):Niektórym moim znajomym się podoba Big Grin
W takim razie przyłączam się do "niektórych znajomych" (choć znajomym nie jestem :wink: ) :brawo:

Pozdrawiam
Zeratul
[size=85][i]Znaczyło słowo - słowo, sprawa zaś gardłowa
Kończyła się na gardle - które ma się jedno;
Wtedy się wie jak życie w pełni posmakować,
A ci, w których krew krąży - przed śmiercią nie bledną.[/i][/size]
Odpowiedz
#3
Nie przeczytałem.
Skoro sam autor mówi, że to wszystko jedno, czy ktoś przeczyta, czy nie, uwierzyłem mu na słowo.

Pozdrawiam
Odpowiedz
#4
CeCe napisał(a):Pisałem z nudów, zero stylistyki i tym podobnych rzeczy.
CeCe napisał(a):kto nie chce, niech nie czyta, nam na tym nie zalezy,
Czegoś nie rozumiem. Więc po co tyle zachodu? Pisanie z nudów? Jak się nie ma niczego do przekazania - to się nie pisze. Zero stylistyki i tym podobnych rzeczy? To po kiego grzyba cała pisanina?
Odpowiedz
#5
Przyłączam się do Zbycha. Wymiękłem po 4 linijkach. Cenię swój czas i miewam cichutką nadzieję, ze inni szanują tak samo mój, jak i ja ich. W licealnych czasach moje pokrętne wypociny na klasówce z fizyki mój prof. tak skomentował: "Radosna twórczość ludowa" Big Grin
Odpowiedz
#6
CeCe napisał(a):Nic nie miało nazw, nawet nazwa nie była nazwą, ponieważ nie miała nazwy. Co nie zmienia tego, że nazwa była, jak wszystko było, bo wszystko miało prawo być, tylko nie była nazwą - po prostu była. Pytasz więc, jaka jest nazwa tego o czym opowiadam? Nie wiem, bo tam nic nie ma nazwy, a czy można powiedzieć coś, czego nie ma? Owszem, nie można, co nie zmienia faktu, że nazwa taka jest, ale po prostu jest i nie jest nazwą, bo wszystko ma prawo być, a co za tym idzie ma prawo czymś nie być.
No stary! Toć to lepsze od mandaryńskiego. A tak poważnie - to nie przemogłem się i nie przeczytałem do końca. Pierwszy akapit to dla mnie mur nie do przebicia. Coś przekombinowałeś trochę... Widziałem instrukcje obsługi pralek,które bardziej wciągały swoim spisem treści.
Ale pomysł wydaje się być niebanalny - w rzeczy samej dziwne to trochę... Może jakbyś popracował to by coś z tego wyszło? A może i nie? Tongue
Tak czy siak - po spaldingowemu :beer: za próbę!
Pozdrawiam!
Odpowiedz
#7
No trochę sie źle wyraziłem. :oops: Na stylistykę nie zwracałem uwagi, poniewać nie pisałem to dla niej, tylko dlatego, że chciałem coś z siebie wyrzucić. A pisanie z nudów, to taka prawda, że robienie czegoś twórczego jest najlepszym według mnie sposobem na spędzanie czasu. Tamto, że mi nie zależy, to tylko przeróbka zwrotki (czy tam jednej z wersji refrenu) z Morskich Opowieści "kto nie chce, ten niechaj wierzy itd..", jakby ktoś nie zauważył i miało mieć tylko zabarwienie humorystyczne. W tekście powinno być zawarte wiele moich myśli i pisałem, żeby jakoś je przekazać. Całość jest namieszana trochę, może nawet bardzo, ale później da się już chyba połapać :wink: . Trzeba tylko trochę przebrnąć (tak mi się zdaje) . Nie dziwię się, że się może nie podobać, ale ogólnie to o gustach się nie dyskutuje i jak komuś się spodoba, to bardzo mi miło. Dzięki Zeratul, niech Adun będzie z Tobą.
Bo z wolnością jest jak z kołdrą, pod którą się śpi ze wszystkimi na jednym łóżku.
Każdy chciałby mieć ją tylko dla siebie, ale jak za mocno ją pociągnie
to osobie z drugiej strony jest zimno.
Odpowiedz
#8
Widzę, że wszyscy humaniści padli :lol: (pewnie nie mieli egzaminu z analizy matematycznej - po tym można przebrnąć przez wszystko 8) )
A szkoda, bo tekst jest całkiem niezły - przypomina mi dyskusję z kolegą na temat optymalnego algorytmu kompresji studentów w autobusie - podobny poziom abstrakcji :wink:
Swoją drogą tak "abstrakcyjne" opowiadanie jest bardzo trudne do napisania (samemu łatwo się w tym pogubić), ale Tobie się udało - nie tylko nie stracić wątku ( :wink: ), ale i coś sensownego przekazać Confusedpoko:

Pozdrawiam
Zeratul
[size=85][i]Znaczyło słowo - słowo, sprawa zaś gardłowa
Kończyła się na gardle - które ma się jedno;
Wtedy się wie jak życie w pełni posmakować,
A ci, w których krew krąży - przed śmiercią nie bledną.[/i][/size]
Odpowiedz
#9
Zeratul napisał(a):pewnie nie mieli egzaminu z analizy matematycznej
Byś się zdziwił ;P
Zeratul napisał(a):przypomina mi dyskusję z kolegą na temat optymalnego algorytmu kompresji studentów w autobusie - podobny poziom abstrakcji
Heh - my takimi rzeczami się nie zdążyliśmy zająć. Padliśmy na próbie obliczenia jakie jest prawdopodobieństwo wyciągnięcia wybranej rzeczy z torebki przez kobietę. Dla łatwych obliczeń założyliśmy,że będzie to zbiór jednoelementowy (w środku tylko ta rzecz). Jakież było nasze zdziwienie, gdy sprawdzając później wynik empirycznie okazało się,że za pierwszym razem wynosi ok. 3% Tongue Tongue Tongue
Straciliśmy zaufanie do metod obliczeniowych ;(

A odnośnie Ciebie CeCe - ja nie mówię,że to co napisałeś jest złe (nie mogę tak powiedzieć bo nie dotrwałem do końca) - po prostu na początku trochę zniechęcające...
Pozdrawiam!
Odpowiedz
#10
Zeratul napisał(a):A szkoda, bo tekst jest całkiem niezły
Całkiem możliwe. Może bym się zgodził, gdybym przeczytał. Ale lubię jak autor - cokolwiek pisze - "wkłada serce" w to, co tworzy, a nie pisze z nudów i przyznaje, że ma gdzieś "stylistykę i takie tam".
Następny może przeczytam. :wink:
Odpowiedz
#11
Raczej chodziło o to, co pisze Simon, Zeratulu. Jak na matematyka (że się odetnę z pozycji humanisty) przyczytałeś niedokładnie i jednowymiarowo.
Nie w tym rzecz, że mnie znudziło czy nie podobało mi się. W ogóle nie wiem, jakie to jest, ponieważ nie zacząłem czytać. Zgodnie z sugestią autora.

Pozdrawiam

[ Dodano: 2005-08-14, 13:58 ]
Ja też byłem powyżej nieprecyzyjny dla towarzystwa - więc wyjaśniam, że mój post przeczytałeś niedokładnie, Zeratulu, jeśli mnie także miałeś na myśli, o to mi chodziło, a nie o to, że tekst wiodący tematu przeczytałeś niedokładnie, bo tego nie wiem, jak mówię.
Odpowiedz
#12
Ehh, szkoda Sad . Nie chciałem sugerować, że nie warto tego czytać, ani że się do tego nie przyłożyłem, ani, że mało mnie obchodzi, czy ktoś to przeczyta. Ze stylistyki jestem ogólnie słaby, a coś twórczego to dobry sposób na wypełnienie luki w czasie. Nie sądziłem, że tę przeróbkę Morskich Opowieści weźmie sobie ktokolwiek do serca. Następnym razem nie popełnię takiego błędu. Jak ktoś ma czas i się nie zrazi początkiem, to mam nadzieję, że z takiego głupiego powodu nie odrzuci pomysłu przeczytania długiego tekstu, który zawiera trochę wypocin z mojego biednego mózgu. Pozdrawiam niezrażonych, no i oczywiście resztę również. :gwizd:
Bo z wolnością jest jak z kołdrą, pod którą się śpi ze wszystkimi na jednym łóżku.
Każdy chciałby mieć ją tylko dla siebie, ale jak za mocno ją pociągnie
to osobie z drugiej strony jest zimno.
Odpowiedz
#13
Na razie przeczytałam pierwszy kawałek. Resztę zostawiam na później, wtedy też dopiszę swoje spostrzeżenia ;]
Inteligencja, do jasnej cholery, jest fuckin' sexy! - Maciek Maleńczuk
Odpowiedz
#14
Zeratul napisał(a):Widzę, że wszyscy humaniści padli :lol:

Bo to cienkie bolki Wink

Ja się przyłączam do Zeratula - tekst mi się podoba (aż się sam sobie dziwę, bo czyta się to ciężko... jakby ciągnięcie kilkutonowej kostki gumy po asfalcie pod górę Wink )
Odpowiedz
#15
Jak ko muś się podobało, to może następny kawałek też przeczyta (piszę, jak mam jakąś wenę, czy coś w tym guście).

5. O wadach i zaletach oraz o dobrych stronach wszystkiego.

Powoli się sytuacja uspokaja... Ale nie z powodu jakiegoś błyskotliwego przebłysku mądrości, czy jakiegoś wyczynu. Nie dlatego, że wszyscy obudzili się z szału, złego letargu, czy jak to nazwać. Po prostu się zmęczyli tym ciągłym bezsensownym uganianiem. Możnaby sądzić, że teraz wszystko jest w normie... Ale niestety tak nie jest. Mimo, że powrócił chwilowo spokój, nikt nie ma siły, by się nim cieszyć, co jest nie do zniesienia. Dajmy na przykład tamto. Leży i nic nie robi, a swoje podstawowe czynności wykonuje, jakby napawało je to jakimś obrzydzeniem. I tak jest wszędzie. Możliwe, że się czepiam, bo przecież wcześniej narzekałem na coś innego, ale według mnie to normalne. Każda sytuacja (przedmiot, uczucie, cecha) ma jakąś stronę lepszą i gorszą. Na każdą można narzekać i z każdej można się cieszyć. Z zasady dużo bardziej propagowane jest to narzekanie. Zapewnie dużo lepiej by się żyło, gdyby szukano dobrych stron, ale mało kto o tym pomyśli. Nieważne, jak bardzo źle wyglądającą na pierwszy rzut oka rzecz wziąć pod lupę, to w każdej znajdzie się odrobina czegoś dobrego.
Weźmy na przykład sytuację, która miała miejsce podczas czasu, kiedy panował tu jeszcze bałagan. Jedno, które należało do podgrupy podgrupy podgrupy podgrupy podgrupy podgrupy grupy popierającej nazwy (z czego wychodzi, że nie zgadzała się z tą grupą), jako, że przeciwstawiało się wszechwładnemu przywódcy zostało bezpodstawnie wrzucone do szkoły (coś na wzór więzienia u nas, odosobnienie, zamknięcie, trochę żarcia i straszne nudy). Zaczęło strasznie narzekać na swój niesprawiedliwy los, skarżyło się dosłownie na wszystko. A ja Wam powiem, że mu nawet zazdroszczę. Przecież dzięki temu oddzielili je od tego całego wariactwa, nie zmęczyło się dzięki temu, nie ześwirowało do końca, a co chyba najwazniejsze – miało darmowe jedzenie. Myśląc w ten sposób można dojść do wniosku, że ze wszystkiego da się czerpać korzyści, ale żeby je docenić, trzeba je najpierw znaleźć. To samo się tyczy tego, co każde ma w środku. Może być bardzo egoistyczne. Każdy od razu pomyśli, jak to wada i w ogóle. Ale przynajmniej dzięki tej niby-wadzie, zadba o siebie i się tak łatwo niczemu nie da. Jeżeli ktoś jest szlachetny, to można to ująć za wielką zaletę, ale przecież czasem ta szlachetność to nic więcej jak tylko głupota, przez którą wiele można utracić. Moim zdaniem z cechami jest tak samo jak z tymi grupami i podgrupami. Każda wada ma jakąś podgrupę, która jest zaletą i na odwrót. Jeżeli się odpowiednio na to spojrzy, można docenić wszystko istniejące wokół nas. Uznajmy, że nie lubimy ciasta drożdżowego (ja uwielbiam, ale to sprawa indywidualna) i akurat dostaliśmy takowe ciasto z rodzynkami (które to rodzynki chyba każdy lubi i uznajmy, że je lubimy). Jezeli wyjdziemy z takiego poglądu, ze szukamy czarnych stron to będziemy narzekać i po prostu to ciasto zostawimy, a jeżeli będziemy szukać „białych” stron, to wtedy wydłubiemy nasze ukochane rodzynki i je spałaszujemy.Morał z tego taki, że zawsze trzeba tych rodzynek szukać, bo tak to będziemy głodni. Najedzone równa się szczęśliwe. Więc szukajmy wszędzie, tego co dobre, no i tak na marginesie starajmy się mieć mało wyszukany gust smakowy (więcej lubimy jeść, bardziej najedzeni, a najedzone równ...).

[ Dodano: 2005-12-31, 02:54 ]
I chyba ostatni kawałek daję tak dla kultury pełnej, żeby ktoś nie mówił, że nie dokańczam tego, co zacząłem:

6. O potędze i słabości nazw

Cóż... Długo nie pisałem. Ale jak już mówiłem, wszyscy byli wykończeni, więc nawet to, które robiło te rzeczy, którymi to pisze, ich nie robiło. Toteż pisania nie było. Ale pisanie to mały problem, gorzej było z jedzeniem... Nie chcę jednak, żeby ktokolwiek po przeczytaniu tego miał koszmary w nocy, więc przejdę do meritum*. W końcu zdobyłem coś do pisania.
Wynika z tego, że to coś, czym piszę w tej chwili, zostało zrobione. A jeżeli zostało zrobione, to znaczy, że to co, je robi, już je robi. A jeżeli je robi, to już ma na to siłę. Ma siłę, więc musi jeść. Jeżeli musi jeść, to to, co robi mu jedzenie również musi mieć siłę. A jeżeli ma siłę, to musi mieć gdzie spać. Itd., itd... Wszystko więc wróciło do normy. A to dzięki, temu, ze obie strony konfliktu doszły do porozumienia. Nazwy wstąpiły legalnie do użytku, ponieważ udało się podważyć i moc i wpływ. Stało się to za sprawą mojej niezwykle skromnej i nie chwalącej się niczym osoby. Udowodniłem bowiem, że same słowo nie wystarczy, że posiadało jakąś siłę. Jeżeli jakąkolwiek posiada, to bardzo małą, porównywalną z siłą pędzącego na łeb i szyję ślimaka, lub najwyżej żółwia, który co najwyżej może się staczać z górki. Żeby miało taką siłę, jaką miało np. „przywódca”, trzeba w te słowo wierzyć. Bo wiara to jedna z sił napędowych świata. Można powiedzieć o sobie, że jest się karmnikiem, ale ptaki nie dadzą się na to nabrać (przynajmniej niektóre się nie dadzą). Wiara sprawia, że coś staje się prawdziwe. Nic by bez wiary nie istniało. Można by ugotować najlepsze jedzenie, ale jeżeli się nie uwierzy, że ono istnieje, to się go nie zje. Wydaje się to trochę bez sensu. Przecież jak coś widzimy, czujemy, to to jest i nie ma ku temu wątpliwości. Dopóki wierzymy w swoje zmysły, rzeczywiście tak jest. Ale jak przestaniesz wierzyć w zmysły, to przestaniesz wierzyć w to co czujesz, więc prawdopodobnie się nie najesz, bo nawet nie uwierzysz, że jesteś najedzony. Lecz mimo to, mało kto nie wierzy zmysłom, dużo trudniej zaś uwierzyć na słowo. I tu tkwi problem nazw. Kiedyś wierzono we wszystkie nowe nazwy, tj. „przywódca”, ”nauka” i dlatego wynikło przez nie tyle konfliktów. Te wojny jednak sprawiły, że wszystko straciło wiarę i teraz samej nazwie bez dowodów ciężko jest znaleźć taką małą wiarę. Potrzebują pomocy w postaci zmysłów lub innych nazw. Niektórzy powiedzą, że dobrze, bo teraz skończą się z tym problemy, ale równie dobrze można powiedzieć, że teraz zacznie się era udowadniania i pomocy już legalnym nazwom. Teraz ruszą do pracy nie serca, a umysły, a to niczego dobrego nie wróży. Nadmiar myślenia jeszcze nikomu nie pomógł. Małe dziecko w brzuchu jeszcze mamy swojej może nazwać ten brzuch więzieniem, ale jak z niego wyjdzie udowodnią mu, że to jedynie brzuch. Dlaczego? Przecież w pewnym sensie jest on więzieniem. Każdy trzyma się tylko swojego punktu widzenia i wiary, co doprowadzi to niesamowitych zakłamań. Kończąc jednak myśl o pomocy mojej prześwietnej skromnej osoby, chciałbym zaznaczyć, ze jedyne co zrobiłem, to przestałem wierzyć w jakikolwiek sens tych konfliktów i uwierzyłem w możliwość współistnienia wszystkiego wraz z nazwami. Być może kiedyś tego pożałuję, ale wierzę, że i tak każde to przeżyje, ponieważ każde ma prawo żyć, dopóki w to wierzy. I dopóki wierzy się w potęgę wiary, to ta wiara sprawi, że nazwy będą prawdziwe i nie zakłamane. I to by było na tyle, gdyż odkąd wystarczy wiara, nie potrzeba, żebym coś pisał o tym miejscu i o tych**. A więc niech sam każdy wybierze, w co chce wierzyć.

*wiem, trudne słowo, podobno chodzi o „główny cel”, ale sądząc po jego brzmieniu, równie dobrze może to być gatunek żółwia słodkowodnego zamieszkujące południowe afrykańske stepy podczas okresu rui***
**uwierzyli, że „Ci”, i „To” to idealne określenia ich nacji i miejsca zamieszkania
***okres rui, to wtedy jak pan żółw mówi pani żółwikowej, ze jej skorupka jest piękniejsza od liścia sałaty, chociaż sam w to nie wierzy (styka, że ona wierzy)
Bo z wolnością jest jak z kołdrą, pod którą się śpi ze wszystkimi na jednym łóżku.
Każdy chciałby mieć ją tylko dla siebie, ale jak za mocno ją pociągnie
to osobie z drugiej strony jest zimno.
Odpowiedz
#16
Grzęznę dalej, choć niezbyt mi się podoba. Ale Proust też mi się nie podoba. Czy z mojego podwórka Beuys, albo Warhol. Ale to nie znaczy że niepotrafię ocenić obiektywnie (mam nadzieję) wielkości, i myślę, że zalążki wielkości w tym mogą być.

A przypisy super, kapitalne zwłaszcza o żółwikach! ::jump:: ::jump:: ::jump::
jakby inna osoba pisała, czyżby kolejne twórcze rozdwojenie jażni na tym Szacownym Forum Big Grin

pozdrawiam
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości