Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Smok
#1
Witam po przerwie...
Coś tu pustawo... No to takie opowiadanko na dobry początek. Może dział
się rozwinie. Nie jest to nic wybitnego, tekst powstał kilka lat temu w celu...
wypróbowania Worda. Tytuł w temacie.


Bardzo dawno temu żył w przesławnym mieście Krakowie pewien smok. Niestety, żadne dane o nim się nie zachowały. Wszystko, co o nim wiadomo, jest nieprawdą. Ale cóż, nie takie numery w baśniach i legendach bywają.
Porywał zatem ów smok piękne panny (niczego sobie, miał facet gust) i zjadał (tu się chyba nie poznał na walorach płci pięknej).
Wkrótce jednak, do wielmożnie panującego księcia Kraka, przybyła delegacja włościan z okolicznych siół z żądaniem natychmiastowego usunięcia smoka. Prośba chłopów była powodowana oczywiście tym, że smok wyrządzał kolosalne szkody w uprawie i hodowli. Srogi los urodziwych dziewic był mu obojętny (no chyba że czyjaś córka znalazła się w rękach potwora).
Zarządził zatem władca, że ten, który smoka powali, dostanie pół księstwa i córkę za żonę.
Biedna księżniczka!
Zjeżdżali się więc, z dalekich i bliższych krain, awanturnicy i zabijaki. Wieczne nienasycenie bogactwem, sławą i kobietami było jedyną treścią ich życia. Przyjeżdżali zatem licznie, wierząc w swą szczęśliwą gwiazdę.
Byli to ludzie gotowi na wszystko, szczególnie gdy opętała ich jakaś idea. W obliczu słusznej sprawy niczego nie uważali za złe czy nieodpowiednie – w prostej linii przodkowie tych, którzy w imię miłosiernego Boga podrzynali gardła niewinnym.
Lud wiwatował na ich cześć, nieświadom dalszych wypadków.

A oni szli. Szli przez wioski księstwa, dumni, zadziorni, zadufani. Szli pojedynczo i grupami wzbudzając niekłamany podziw kmieciów, których córki obdarowywały ich, raz po raz, sympatycznym pocałunkiem i bukiecikiem polnych kwiatów. Ziemia grzmiała pod ich stopami, stopami bohaterów i żołnierzy.
Smok szalał. Znów przekazywano sobie, z ust do ust, straszliwe wiadomości. Dziewczęta już tylko w poczuciu obowiązku wyruszały do lasu po chrust i jagody. Gdy któraś nie wracała (co wcale nierzadko się zdarzało) powstawała kolejna opowieść - taka, która siódme poty wyciska z słuchacza.
Szli. Ciągle szli. Na śmierć, na zatracenie, w chwale i sławie nieustraszonych śmiałków. Szli i ginęli (tak przynajmniej głosiła propaganda) za cudzą dolę.
Nieśmiały szelest przesunął się wśród gawiedzi: nowe pogłoski, przedtem szeptane trwożnie w domu, zyskiwały coraz szerszy zasięg. I nie pomagały groźne dekrety księcia, zapowiadające okrutne kary dla szerzycieli „oszczerczych insynuacji” na temat przybyłych rycerzy- plotka rosła w siłę. Tu jednak, rzeczywistość przeszła najbardziej wyolbrzymioną historię.
I wcale nie smok, choć nadal szalał, był jej bohaterem.

Już wkrótce płacz ogarnął całe księstwo. Oto, jak wieść rychło poniosła, oddział wojowników napadł na jedną z osad, spalił domy, wymordował mężczyzn, zgwałcił i zakatował niewiasty, dziatwę uprowadził; nie oszczędził także świętego dębu. Nie był to przypadek jedyny. Ci, którzy tak licznie przybyli na ziemie księcia Kraka, byli naprawdę okrutni. Propaganda księcia przedstawiała ich jako wybawców, wyzwolicieli, którzy poświęcają swoje życie dla mieszkańców nadwiślańskiej krainy. Niezwykle ostro były tępione wszelkie przejawy nielojalności wobec przybyszów. Oto stracono na wawelskim wzgórzu trzech mężczyzn, którzy jeździli od osady do osady i opowiadali prawdę o śmiałkach. Oskarżono ich o zdradę i działanie na rzecz obcych plemion.
Heroldowie pospieszyli do stolicy obwieszczając, że kara, która dotknęła owych mężów, będzie pisana każdemu kto na podobny uczynek się odważy. Zaiste, nic nowego, ale zatknięta na halabardę głowa wywoływała lęk i respekt wśród tłumnie zebranej gawiedzi.
Tymczasem przybysze pustoszyli kolejną wioskę - jakby w odwecie za niepowodzenia w walce ze smokiem. To była już tradycja: za każdego zabitego przez smoka śmiałka palono jakąś osadę (co najmniej jedną, ale często się tym nie zadawalano). Łzy i rozpacz wszechwładnie panowały w księstwie.

W tym okresie sprawa smoka przybrała nieoczekiwany obrót. Oto niejaki Skuba, niewątpliwie marząc o politycznej karierze, podrzucił potworowi zatrutego barana. Skład mieszanki piorunującej pozostaje, niestety, nie znany. Wieść o tym przenosiła się wśród ludu szybciej, niż propagandowe edykty książęce.
Nie było rady: Krak był zmuszony ogłosić, że smoka zabił nie herszt Germanów, ale młodziutki szewc tuż po egzaminach czeladniczych.
Nie spodobało się to przybyszom. Szybko zdetronizowali księcia i skazali go na banicję. Lud doznał wielkiego ucisku: świadczenia i podatki na rzecz nowej władzy rujnowały wszystkich, a obywatele kraju stali się ludźmi drugiej kategorii. Nadzieja na lepsze powoli, acz zdecydowanie, znikała z umysłów.
Skuba wkrótce rozpoczął karierę na dworze obcych. Poślubił księżniczkę, a po złożeniu przysięgi lojalności stał się znienawidzonym przez współziomków współpracownikiem okupanta.

Lud stracił wszelką nadzieję. Powiadano, że dopiero teraz smok zaczął naprawdę panować. Niektórzy żałowali bestii. Zawszeć smok swój - choć straszny.
Jednak imię potwora było na cenzurowanym. Stał się on nie tyle straszliwym wspomnieniem, ale przede wszystkim pierwszym wrogiem politycznym. Nikt nie wiedział, dlaczego okupant tak bardzo bał się nieżywego przecież jaszczura.

Mijały lata. Ciężkie, twarde, beznadziejne. Po siołach chodzili ludzie przyzwyczajeni do swego stanu - tak jak można być przywykłym do trwogi, upokorzenia, niewoli. Kolejne pokolenia wychowywały się w świadomości, że są mieszkańcami jakiejś prowincji Germanów czy Rusów. Wrastali w zależność jak w jakiś straszliwy pijacki nałóg, który rozumowi odbiera należną mu władzę, a uczucia topi w głębi jedynego pragnienia: pić... pić... pić...
I pili. Browary i gorzelnie liczyły zyski. Wieczne nienasycenie, upiorne pragnienie. Każdy, najmniejszy grosz szedł na tak realistyczny odpowiednik wód z Lety. Nikt nie myślał ani o kraju, ani o rodakach, przyjaciołach czy rodzinie.
Wydawało się, że naród umierał...

Obce plemiona rade były z takiego obrotu sprawy. Cóż się zresztą dziwić! Lud uległy, nie zmuszał do rozbudowy tajnej policji, nie wszczynający burd. Czego chcieć więcej?
Kraj ogarnęła apatia, marazm i zniechęcenie. Powoli wszystkie ręce opadały w bezsile. Tylko od czasu do czasu, raz po raz, pojawiała się pogłoska - smok wrócił.
Ale nie wrócił. Została tylko beznadzieja i nostalgiczne wspomnienie czasów świetności.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Teraz, po latach, można spotkać niegdysiejszych poddanych księcia Kraka, jak w gronie własnych rodzin, tajnie, święcą zakazane święto ku czci maszkary, o której wiadomo, że nic nie wiadomo.

KONIEC
Pietrek_C
Odpowiedz
#2
:brawo: Bardzo miło się czyta, szczególnie po ciężkim dniu taki tekst potrafi podnieść na duchu i rozbawić. :beer:
...wszyscy ujrzą grubą nić,
Ktoś ci założy ją na szyję
I może wtedy zaczniesz żyć.
Odpowiedz
#3
Ja wiem... Akcja, trzeba przyznać, wartka... Ale coś mi jakby zgrzyta w czasie czytania... Nie wiem, może stylistyka?
in montibus veritas
Odpowiedz
#4
Mi się podoba, tylko język trochę dziwny czasem (chociaż ja się nie znam). Ale fajna rzecz, przyjemna Smile.
Bo z wolnością jest jak z kołdrą, pod którą się śpi ze wszystkimi na jednym łóżku.
Każdy chciałby mieć ją tylko dla siebie, ale jak za mocno ją pociągnie
to osobie z drugiej strony jest zimno.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości