Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Pan od kominków
#1
„Pan od kominków” – czyli te(k)st skojarzeniowy

Parę lat temu, zrodziła się w mej głowie idea, by osiąść gdzieś na stałe. Od dłuższego czasu zasypiałem i budziłem się z myślą, że dosyć już mam tułania się po świecie, a podróże, które kiedyś tak bardzo ukochałem, straciły swój urok i zaczęły nużyć.
Marzył mi się choćby mały domek, gdzieś na odludziu, koniecznie z kawałkiem ziemi, tak bym mógł sobie zasadzić chociaż niewielki ogródek i zasiąść beztrosko na ławce, wśród kwiatów. Jak nigdy wcześniej irytowało mnie ciągłe poznawanie nowych miejsc i osób, pisanie listów, odbieranie kartek, planowanie wciąż nowych wypraw, wynajdywanie spod ziemi funduszy i sponsorów.
Z czasem myśl o budowie domu stała się na tyle uporczywa, że nie mogłem się jej już oprzeć. Za ostatnie honorarium, z jakiejś wystawy zdjęć, czy pokazu slajdów połączonego z prelekcją, kupiłem skrawek gruntu w mieścinie na uboczu wszystkiego, gdzie wrony z pewnością by zawracały, gdyby tylko któraś z nich zdołała tam dolecieć.
Poprosiłem znajomego architekta, żeby wyrysował mi „projekt czegoś małego, co ewentualnie kiedyś mógłbym wedle własnych potrzeb rozbudować”. W ciągu dwóch miesięcy stałem się panem na włościach, właścicielem i jedynym lokatorem małej, murowanej chatki, składającej się zaledwie z dwóch pomieszczeń mieszkalnych oraz niewielkiego przedsionka.
Byłem w siódmym niebie. Moje aparaty fotograficzne, powędrowały na półkę, gdzieś obok specjalistycznego sprzętu do nurkowania, wspinaczki, albo przetrwania w trudnych warunkach klimatycznych, a ja nie czułem nawet potrzeby by kupić sobie psa, kota, czy miniaturowego królika. Przez jakiś czas postanowiłem nie mieć nic na głowie, za nic nie ponosić odpowiedzialności i zwyczajnie zwolnić tempo, nie wdając się w bliższe kontakty z innymi żywymi istotami.
Odtąd moim wiernym towarzyszem stał się spory stos książek, ułożonych jedna na drugiej pod ścianą i już samo uczucie, że w końcu znalazłem czas, na ich czytanie, wprawiało mnie w stan bliski euforii. Normalnie, o tej porze roku wertowałbym tomy map i atlasów w poszukiwaniu nowego celu wyprawy, biegałbym pewnie po redakcjach, próbując zapalić do patronowania memu zamysłowi działy podróżnicze największych wydawnictw. Tymczasem, siedziałem sobie spokojnie w mojej samotni, niczym się nie przejmując, a gdzieś tam, daleko wartkim nurtem toczył się bieg ważnych spraw.
Wkrótce jednak kwiaty w ogrodzie przekwitły, nastała chłodna i dżdżysta jesień, a potem zima. Uświadomiłem sobie, iż w moim małym, naprędce postawionym i oddanym do użytku domku nie mam żadnego źródła ogrzewania. Przenikliwe zimno, doskwierające zwłaszcza nocami, skłoniło mnie do ponownego skontaktowania się ze znajomym architektem. Ten zaś umówił mnie rychło ze swoim kolegą, zajmującym się „rękodzielniczą budową domowych kominków”.
Kwota, jakiej zażyczył sobie ów rękodzielnik, po prostu zwalała z nóg, a jego „tak to jest, kiedy ktoś decyduje się na kominek w środku sezonu i jeszcze żąda, by zacząć robotę od ręki”, jakoś niespecjalnie mnie pokrzepiło. Cóż, do wyboru miałem zapłacić, albo zamarznąć, zaś ta druga opcja, wzbudzała znacznie większą trwogę.
Głównym problemem, jak się potem okazało, miał być zresztą nie tyle sam koszt powyższej usługi, co trudność jej wykonania. Domek, w którym zamarzyłem sobie zamieszkać był na tyle mały, iż wkomponowanie weń, niewielkiego nawet kominka, wymagało kilku godzin przemyśleń, pomiarów i rozważania kolejnych propozycji. W końcu byłem zmuszony całkowicie przemeblować mieszkanie, podporządkowując wszystko temu, by kolejne zimowe noce spędzić w miłym cieple, czytając do woli książki, wciśnięty w bujany fotel.
„Pan od kominka” obiecał stawić się nazajutrz, wraz ze wszystkimi potrzebnymi materiałami i rzeczywiście, z samego rana na moje podwórze zajechał ciemnozielony pickup, z którego wytoczył się poznany wczoraj człowiek, przypominający swym wyglądem prowadzącego telewizyjne porady dla majsterkowiczów z cyklu „zrób to sam”.
Od razu wziął się do dzieła. Zaproponowałem kawę i usiadłem w pewnej odległości, czekając chwili, aby kulturalnie o coś zagadnąć. Czułem, że inaczej nie wypada, bo w zasadzie z każdego punktu wewnątrz domu mogłem obserwować jego pracę, a mało kto lubi, kiedy ktoś inny siedzi i tylko gapi się na nań z założonymi rękoma. Nie bardzo jednak wiedziałem o co mógłbym zagadnąć. W zasadzie, w ciągu następnych paru dni nasza rozmowa ograniczała się jedynie do wymiany kilku słów powitania, a potem umówienia się na jego kolejne przybycie.
Muszę przyznać, że człowiek ów dał się całkowicie pochłonąć powierzonemu zleceniu. Obserwowałem z podziwem, jak wkomponowuje kamienną bryłę w wąski, wykuty w ścianie prześwit, a następnie rzeźbi ją i modeluje, wyczarowując coraz realniejszy kształt upragnionego przez mnie kominka. Uświadomiłem sobie, iż mam do czynienia nie tyle z rzemieślnikiem, co z prawdziwym artystą, ubierającym pracą rąk w przepiękną formę, zamysł powstały w głowie.
Kiedy tworzył, nie odzywałem się ani słowem, nie chcąc wybijać go z rytmu. Przyzwyczaiłem się już, że przyjeżdża rano, około dziewiątej, pracuje bez przerwy do czternastej, po czym sprząta po sobie starannie i wychodzi, by ponowić ten stały cykl następnego dnia. Wymienialiśmy tylko czasem życzliwe uśmiechy, a on zdawał się być mi wdzięczny za to, że nie zadawałem pytań o rodzinę, pochodzenie, czy też jego stosunek do wędkarstwa spławikowego. Nawiasem mówiąc, nie wykonywał w tym okresie chyba żadnych innych zleceń i raczej uszczęśliwił go fakt, iż w gruncie rzeczy, dość gładko przystałem na zaproponowaną przezeń, wysoką cenę usługi.
Nie spodziewałem się tym bardziej, że ów pro forma zamierzony na początku znajomości dialog wypłynie nie ode mnie, lecz właśnie od „pana od kominków”, jak zwykłem go już w myślach nazywać. Otóż pewnego dnia, a było to pod sam koniec prac związanych z instalacją i ostateczną formą kominka, odwrócił się w moją stronę, chwilę nad czymś zadumał, po czym wyciągnął z kieszonki koszuli papierosa i ot tak zapytał.
- przepraszam, czy mogę tu, u pana zapalić.
Oniemiałem. Ten człowiek od początku mnie zaintrygował, przez te wszystkie, wyglądające podobnie z dokładnością do kilku minut dni ani na moment nie przerwał pracy, a teraz po prostu odwraca się i pyta, czy może zapalić.
Nienawidzę papierosów. Wiele razy brałem udział w przeróżnych kampaniach na rzecz walki z uzależnieniem od nikotyny i zdrowego trybu życia. Czułem jednak, że w obecnej chwili zakazanie „panu od kominków” tej jednej chwili niezdrowej przyjemności byłoby zwykłym barbarzyństwem.
- tak – odpowiedziałem - naturalnie, może pan tutaj palić.
Uśmiechnął się znowu porozumiewawczo, odpalił papierosa i przez chwilę wpatrywał się w swoje ukończone już prawie dzieło.
- wie pan – stwierdził - powiem panu, że ten pański kominek, to jedna z najtrudniejszych robót, jakie mi się trafiły. W ten kąt, to trudno byłoby wcisnąć mysią dziurę.
Roześmiał się życzliwie.
- no, ale poradziliśmy.
- nie, to pan poradził – zaoponowałem - jest pan prawdziwym mistrzem. Nie spodziewałem się, że Adrian – (to imię mojego kolegi, architekta) - poleci mi artystę rzeźbiarza.
„Pan od kominków” znowu się roześmiał. Mocno zaciągnął się papierosem, po czym znowu zapadł w chwilową zadumę.
- wie pan - powiedział prawie szeptem - w zasadzie, to ja jestem biologiem… żaden tam ze mnie artysta. Pracowałem kiedyś na w Lublinie, na Uniwersytecie.
- biologiem? – zapytałem, patrząc na mojego rozmówcę z wciąż rosnącym podziwem – no teraz, to przyznam szczerze, że mnie pan zastrzelił.
- tak, biologiem, ale wie pan jak to jest – kontynuował – z pracy na uczelni trudno wyżyć… a ja zawsze lubiłem rzeźbić. Wymyśliliśmy z kolegą, żeby robić te kominki. Od początku się wstrzeliliśmy, dobrze szło… nie powiem, no i tak już zostało. Potem on wyjechał zagranicę, ja zostałem tutaj. Tak sobie wmawiam, że to niby hobby, ale w praktyce rzeźbieniem zarabiam na życie.
Moje spojrzenie musiało go rozbawić. Uśmiechnął się raz jeszcze, zgasił papierosa, a następnie odwrócił się i kontynuował pracę, tak jakby ta chwila niczym nie odróżniała się od wszystkich poprzednich minut naszej znajomości.
Ooo nie!, pomyślałem, skoro już zaczął mówić, nie mogłem ot tak dać za wygraną.
- a… powiedział pan, że mój kominek, to jedno z pańskich najtrudniejszych zleceń. Mógłby pan opowiedzieć coś więcej o swoim hobby?
Uśmiechnął się na ten mój szacunek, dla jego własnego nazewnictwa.
- tak, jest kilka zabawnych historii… - odrzekł, po czym jak gdyby nigdy nic zmienił temat - wie pan, chciałbym na dzisiaj skończyć tę część pracy. Przyjdę jeszcze jutro wygładzić ostateczne detale.
- dobrze – odpowiedziałem z wymuszonym uśmiechem – już nie przeszkadzam.
Byłem ciekaw, czy ta rozmowa będzie miała ciąg dalszy. Nazajutrz jednak „pan od kominków” znowu mnie zaskoczył. Już o dwunastej zakończył swą pracę, uprzątnął wszystkie narzędzia i zasiadł ze mną do południowej herbaty. Pierwszy zaczął rozmowę.
- spytał mnie pan wczoraj o moją pracę – spojrzał raz jeszcze na wykonany przez siebie kominek – czy chce pan usłyszeć pewną historię?
- oczywiście – odpowiedziałem, trochę jeszcze zdziwiony.
Nagle poczułem ogromny głód ludzkiej mowy. Przez całą jesień, moje kontakty z innymi ludźmi były sporadyczne i ograniczały się jedynie do wizyt w wiejskim sklepie, co zresztą i tak całkowicie mi wystarczało. Teraz jednak, bardzo chciałem słuchać ludzkiej mowy, łowić każde słowo, zaś „pan od kominków” zdawał się doskonale wyczuwać ten nastrój i widząc, że kieruje mną nie tylko zwykła grzeczność, lecz autentyczne zainteresowanie, nie dawał się dłużej prosić.
- dostaliśmy kiedyś zlecenie od pewnego młodego prawnika – zaczął – z tych co to wie pan… wiedzą co im się należy, a myślą, że należy się im wszystko. Tacy jak on załamują się, gdy tylko trafią w życiu na przeszkodę, której nie mogą obejść siłą swojego wygadania. Nosił głowę wysoko, myślał, że zjadł wszystkie rozumy, ale w końcu trafiła kosa na kamień. Ów młody prawnik…Rozwielitka się nazywał, Teodor Rozwielitka, hehe, śmieszne nazwisko, góral chyba jakiś, bo strasznie był zadziorny. A więc ten młody prawnik, zakochał się w pewnej dziewczynie. Z początku wszystko szło po jego myśli, ale potem, ona przejrzała na oczy, zrozumiała co to za ziółko i stopniowo rozluźniła znajomość. Żadne jego prośby, czy groźby nie przynosiły skutku. Gość całkowicie się załamał. Wymyślił sobie wówczas taką nawet składną teorię, że związek z kobietą jest jak dokładanie drew do kominka. Kiedy przyjmowałem od niego zamówienie, tłumaczył mi gorączkowo, że mężczyzna, powinien przez cały czas podsycać ten ogień. Nie dokładać za dużo, aby go nie zdusić, ani za mało, tak żeby płomień nie wygasł. Nigdy nie może odejść od ogniska, bo zjawi się jakiś rywal i dorzuci coś od siebie do płomieni. Ten Rozwielitka był po prostu chorobliwie zazdrosnym, bardzo zaborczym człowiekiem. Myślę, że dziewczyna odeszła od niego z tego właśnie powodu… Miał w oczach jakieś szaleństwo. Sam się wystraszyłem, kiedy pewnego dnia po pracy poszedłem umyć ręce w jego łazience i zobaczyłem pływające w muszli klozetowej opakowanie po leku zignospran, o którym wiedziałem, że jest środkiem na silną nerwicę. Ogólnie rzecz biorąc, cała umowa miała bardzo nietypowy charakter. Prawnik zażyczył sobie, żebym sporządził w jego domu ogromny salonowy kominek. Wykonywałem już wcześniej podobne zlecenia, jednak tym razem klient zażądał, abym umieścił na wierzchu konstrukcji rzeźbione popiersie jego byłej dziewczyny. Sam nie miał przy tym zielonego pojęcia o dobrym guście. Kiedy próbowałem mu tłumaczyć, że rzeźbione popiersie będzie się słabo komponowało z poustawianymi na szafkach pluszowymi zabawkami i stojącą pośrodku pomieszczenia wielką kanapą z różowej skóry, naskoczył na mnie i wykrzyczał, że on tu jest od wyrażania opinii, on płaci i wymaga. Pracowałem codziennie po kilka godzin, mając za wzór jedynie zdjęcie owej dziewczyny, a ten wariat biegał wkoło i przez cały czas krzyczał, że nie podoba mu się nos, tam znów nie takie usta. Kilka razy chciałem zrezygnować, ale wie pan jak jest… potrzebowałem pieniędzy, zbliżało się wesele syna… a poza tym facet osobiście zadbał o to, aby pewne klauzule zawartej między nami umowy, skutecznie zniechęcały mnie do odstąpienia od niej przed ustalonym terminem. W końcu wykonałem wszystko tak jak sobie tego zażyczył. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej, ani później nie czułem takiej ulgi po skończonej pracy. On również wydawał się być w pełni usatysfakcjonowany. Zresztą, rozstaliśmy się w raczej pokojowych nastrojach, a już po dwóch dniach na moje konto wpłynęła cała umówiona suma pieniędzy.
Przez cały czas słuchałem z zapartym tchem opowieści „pana od kominków”.
- no, ale… - drążyłem, kiedy na chwilę przestał mówić – taki nie może być finał tej historii… co stało się z tym prawnikiem, czy zdołał namówić dziewczynę, by go odwiedziła i na własne oczy ujrzała pańskie dzieło?
- wie pan, potem już nie interesowałem się tą sprawą, ale… traf chciał, że po mniej więcej pół roku, wykonywałem zlecenie w domu pewnego profesora nauk prawnych, mojego znajomego, jeszcze z czasów pracy na uczelni. Hehe, to niby też prawnik, ale diametralnie inny człowiek od tamtego. Kulturalny, o łagodnym usposobieniu. Pewnego dnia, wspomniał mi o historii jednego ze swych dawnych studentów, który postanowił zaimponować swojej byłej dziewczynie, zamawiając u parającego się podobnym do mnie zajęciem rzemieślnika, kominek ozdobiony jej popiersiem. Oczywiście nie przyznałem się, iż to ja byłem owym rzemieślnikiem by móc wsłuchać się w dalszy ciąg relacji znajomego profesora. Rozwielitka zadzwonił do wybranki serca i wmówił jej, że chce się pojednać i zaprzyjaźnić. Po pewnym czasie zyskał jej zaufanie na tyle, że dała się zaprosić do niego na kawę. Kiedy zobaczyła swoja podobiznę wykutą w kamieniu, zareagowała chyba odwrotnie do zamierzeń młodego prawnika, bo wykrzyczała mu prosto w twarz, że nie życzy sobie tego typu demonstracyjnej adoracji z jego strony i usiłowała natychmiast wyjść z budynku. Buhaj dostał ataku szału, rzucał przedmiotami, przewracał meble, ponoć próbował ją nawet udusić. Dziewczynie jakimś cudem udało się wydostać. Wskoczyła do taksówki i od razu zadzwoniła z komórki na policję. Funkcjonariusze zastali na miejscu istne pobojowisko. Meble były połamane, podłoga zaścielona kawałkami potłuczonych talerzy, a… z mojego kominka został tylko przełamany na pół czerep, z pokruszonym w drobny mak blatem. Po popiersiu zaś, nie uchował się nawet jeden pyłek. Całe szczęście, że wariat wytracił cały swój impet na kawałku kamienia, bo już bez najmniejszego oporu, spokojnie dał się skuć i odprowadzić do radiowozu.
- i co się z nim potem stało? – zapytałem żywo.
- odwieźli go do szpitala dla nerwowo chorych…z tego co wiem, nadal tam przebywa.
- a dziewczyna? – wyszeptałem.
- wie pan… pewnie jest teraz z jakimś szczęściarzem. Z tego co pamiętam, była naprawdę piękna… na pewno kogoś ma.
Pożegnałem się z „panem od kominków”. Na koniec, wymieniliśmy się jeszcze wizytówkami i umówili na rutynową kontrolę instalacji na wiosnę.
Zrobiło mi się słabo. Zasiadłem w fotelu wpatrując się tempo w dopiero co ukończony kominek. Wiedziałem, że zawsze, ilekroć dołożę do niego polan, będę sobie przypominał teorię pewnego młodego, nadpobudliwego człowieka o potrzebie ciągłego rozniecania ognia w ukochanej niewieście.
Czułem suchość w gardle i przemożną niechęć do myślenia o czymkolwiek. Sam już nie wiem, chwilowo straciłem przytomność, czy tylko zasnąłem.
Kiedy się ocknąłem, sięgnąłem po leżącą na stoliku obok fotela książkę, znalazłem miejsce w druku, na którym ostatnio się zatrzymałem i już spokojny, zatopiłem się w czytaniu.

Do końca zimy nie czułem już potrzeby wchodzenia z kimkolwiek w rozmowę.
"Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego - tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas - bez Chrystusa."
Jan Paweł II
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości